Co jeszcze zobaczyć w Kuala Lumpur (Malezja)?

Świątynia Thean Hou w Kuala Lumpur w Malezji

Głównymi atrakcjami w stolicy Malezji są wieże Petronas oraz wieża KL, świątynia Batu Caves położona w jaskiniach oraz meczet narodowy. Jak w większości miast, warto też spróbować lokalnych przysmaków, a także połazić po różnych uliczkach, odkrywając ciekawe miejsca.

Ale co poza tym? Można pozwiedzać różne świątynie, których pełno w Kuala Lumpur, na przykład buddyjską Thean Hou albo hinduistyczną Sri Mammarianam. Aby uciec od miejskiego zgiełku można też zajść do parku ptaków albo parku jeleni (deer park). Dobrze jednak pamiętać, że popołudniami często pada w stolicy po kilka godzin i jest to ulewa ogromna, podczas której są marne szanse na przemieszczenie się po mieście. Pora monsumowa nie ma tutaj tak naprawdę znaczenia, bo pada cały rok. Zwiedzając miasto, najlepiej koło 14-15 wylądować na niespiesznym obiedzie, a zwiedzać rano (nie wstawać o 11 jak my 😛 ).

Thean Hou

Bardzo podobała mi się świątynia Thean Hou przyozdobiona kolorowymi chorągiewkami i przepięknymi lampionami (patrz główne zdjęcie). Przed przyjazdem czytałam, że jest to 6-poziomowa i 4-piętrowa chińska świątynia, ale na miejscu okazało się, że do zwiedzania nie ma zbyt dużo pomieszczeń – w jednej części znajdowały się biura, a część była zamknięta (chyba odbywał się jakiś remont). Byłam nieco zawiedziona, bo z zewnątrz budowla obiecuje bardzo dużo, a to co zobaczyłam nie zaspokoiło do końca mojego apetytu. Strasznie lubię budynki tego typu, bo są mega klimatyczne – dzięki temu George Town dość szybko skradło moje serce. 😉

Wstęp do świątyni był darmowy i nie spędzilibyśmy tutaj zbyt wiele czasu gdyby nie to, że oczywiście dotarliśmy tam po południu i złapał nas deszcz. Jak już zdążyliśmy się przekonać, po KL ciężko się jeździ uberem w czasie ulewy, a burze w świątyniach dostarczają nie lada wrażeń, więc przeczekaliśmy deszcz na miejscu.

Sri Mahamariamman

Świątynie hinduistyczne są zupełnie inne, bo mniej w nich przepychu, za to dużo (czasem dziwnych) rzeźb, posągów i kolorowych elementów. Tak samo było w Sri Mahamariamman Temple, która jest najstarszą i ponoć najważniejszą świątynią hindu w Kuala Lumpur. Nie jest to wielka świątynia, więc z pół godziny wystarczy, żeby ją obejrzeć.

Tutaj również wstęp jest darmowy, za to nie można wchodzić w butach – niedaleko znajduje się mała „szatnia”, gdzie można je przechować (koszt bodajże 1 RM). Jest to o tyle dziwne, że w większości chodzi się po płytkach chodnikowych, a nie po podłodze, więc dobrze zaopatrzyć się w jakieś skarpetki.

Park ptaków

Wejście do parku nie jest tanie (67 RM), ale znajduje się w nim bardzo dużo różnych okazów. Intrygujące (i czasem zatrważające) było to, że ptaki chodziłyo wolno po chodnikach czy poręczy, trzeba więc było bacznie zwracać na nie uwagę, żeby przypadkiem ich nie staranować. Niektóre dziwnie mi się przyglądały i po odwiedzinach w papugarni we Wrocławiu, której nie wspominam w 100% miło, wolałam trzymać się od nich z daleka. 🙂 Tutaj również spotkałam papugi, ale nie siadały one ludziom na ramionach, nie ciągnęły za włosy i nie obrywały wszystkiego co się da tak jak to miały w zwyczaju wrocławskie ptaki.

Natomiast niektórzy ludzie zachowywali się szczególnie nieodpowiedzialnie i głupio. Jeden koleś na przykład drażnił jakieś czaplowate ptaki, które miały dość sporą rozpiętość skrzydeł (więc zapewne i sporo siły) tylko po to, aby zwierzę się nastroszyło, pokazało piórka i można mu było zrobić zdjęcie. Facet był z kilkuletnim dzieckiem, które pewnie całkiem łatwo padło by pierwszą ofiarą ptaka, gdyby skończyła mu się cierpliwość. Czaro nie wytrzymał i zwrócił kolesiowi uwagę, bo to zdecydowanie była przesada. Niektórym zupełnie brakuje wyobraźni i nie myślą o konsekwencjach.

Poza mało spotykanymi okazami, których nie jestem w stanie nazwać, w parku znajdowały się także ptaki bardziej pospolite jak sowy, flamingi, pawie czy nawet koguty. Te ostatnie zdziwiły mnie najbardziej, bo z jakiegoś nieokreślonego powodu nie spodziewałam się ich w Azji (a na Langkawi dość często budziły mnie o 5 nad ranem).

Nie miejscu znajduje się także restauracja i ponoć są także stoliki na dworze, z widokiem na ptaki. Słyszałam, że jeśli ptactwo staje się zbyt natarczywe, można je odganiać małą psikawką, w którą Ciebie zaopatrują. 😉

Park jeleni

Czytałam o parku w KL zwanym deer park, gdzie żyją Kanczyle (po angielsku zwane także mouse-deer). Angielska nazwa intryguje, zwłaszcza że – jesli Wiki nie kłamie – faktycznie wygląd tych zwierzaków pokazuje podobieństwa zarówno z myszami jak i jelonkami. Bardzo mnie to zaciekawiło i nie mogłam się doczekać spotkania z nimi!

Czytałam, że są aktywne głównie nocą, ale mimo wszystko spodziewałam się, że uda się coś podejrzeć, chociażby schronienie tych zwierzątek… A tu kompletnie nic! Nie widziałam nawet kuperka zwierzaka ukrywającego się w krzakachu. Na miejscu po prostu zwykły park – nie to żeby mi to przeszkadzało, ale nastawiłam się na ujrzenie Kanczyli. Byłam więc lekko zawiedziona. 🙁

Niektórzy odwiedzają jeszcze Chinatown i Petaling Street – ja osobiście (zdecydowanie) nie polecam – według mnie to miejsce zupełnie nie ma duszy i sprzedają tam same tanie badziewie. Nie widziałam tam niczego godnego uwagi i nie dało się tam też zjeść niczego dobrego.

O kosztach wyjazdu przeczytasz tutaj, a ogólne wrażenia z wyjazdu tutaj. 🙂


Przygoda z LOTem

A tak z innej beczki – na święta do rodziny do Gdańska poleciałam wraz z chłopakiem samolotem. Nie chciało nam się tłuc pociągiem, bo jest to dość przykre doświadczenie w okresie świąt – pełno ludzi (zwłaszcza studentów bez rezerwacji miejsc, czyli stojących na korytarzu, z wielkimi bagażami) i nie da się przejść. Nie mówiąc o tym, że jedzie się w najlepszym wypadku 5,5 h, a w najgorszym 8,5 h.

Kupiliśmy więc bilet na samolot – w jedną stronę udało się Ryanairem, ale że kursuje on bodajże tylko 2 razy w tygodniu na tej trasie, wracaliśmy LOTem (pierwszy raz korzystałam z tej linii lotniczej). Czy była różnica w jakości usługi? Myślę, że tak – wydaje mi się, że siedzenia były wygodniejsze, ale nie było to aż tak odczuwalne, abym mogła powiedzieć zdecydowanie. Do tego dostaliśmy darmowy poczęstunek w formie napoju oraz czekoladowych mikołajów i małej paczuszki żelek.

instagram.com/czesu

Lot powrotny mieliśmy niestety z przesiadką w Warszawie, ale i tak nie zajmowało to zbyt dużo czasu. Jednak (!) z godzinę przed tym jak mieliśmy zbierać się na lotnisko, dostałam smsa, że lot został odwołany (!). „I co teraz? I co teraz?” Myślałam, że następny lot będzie za 2 dni (27.12 już pracowaliśmy), ale wykonałam szybki telefon do obsługi klienta LOT (numer podany w smsie) i spokojna pani przebookowała nam rezerwację na następny lot, który był 3 h później.

Plus więc za obsługę, ale ciekawe, że tak często są rejsy między Gdańskiem a Warszawą, a także między Warszawą a Wrocławiem – czyżby LOT wyznawała politykę, że w teorii mają 3 czy 4 loty codziennie, a w razie czego zostawiają tylko jeden, a resztę odwołują…? Zgaduję, że tak zdarzyło się tego dnia, ale może był mniejszy popyt w święta. Jest to jednakże dość intrygujące.

Co gorsza (dla niektórych pasażerów), nasz lot został połączony z lotem do Zielonej Góry. Nie miało to dla nas większego znaczenia, ale Ci, którzy lecieli do Zielonej mieli międzylądowanie we Wrocławiu i lot przedłużył im się 2 razy (z 40 min do 1,5 h). Jeśli więc ktoś z nich leciał z Gdańska jak my i miał do tego odwołany lot to ciśnienie mogło mu się podnieść o wiele wyżej niż mi. 😉

Taka to mała przygoda zdarzyła nam się w trakcie świąt, żeby za nudno nie było… 😉


Co by tu dużo mówić – szczęśliwego nowego roku! Oby 2019 przyniósł nam wszystkim dużo pozytywnych wrażeń oraz nieprzerwanego źródła energii. 🙂

Nisia

instagram.com/czesu

Szukasz inspiracji na kolejną podróż? Chcesz poczytać o konkretnym miejscu? Zajrzyj tutaj.

Posty, które mogą Ciebie zainteresować:

Dodaj komentarz