To jest dopiero prawdziwa Azja! (George Town, Penang, Malezja)

Langkawi była piękną wyspą z ładnymi widokami, z super plażą i całą masą innych wysp, które można nazwać podróżniczym rajem. Ale nijak miała się do mojego wyobrażenia Azji, ponieważ podobne klimaty są w Meksyku w spokojnym Mazunte czy bardziej turystycznym Cancun oraz w Europie – chociażby pewnie w Grecji czy w Hiszpanii. Nie jest to dokładnie to samo, ale Langkawi niewiele różniła się od Europy, poza tym, że więcej tam było Azjatów, inne jedzenie, niezbyt czysto w knajpach oraz panował tam większy luz niż w większości europejskich miast (czyli w sumie całkiem sporo 😉 ). Za to Penang, phi phi!…

Ta wyspa to było zupełnie co innego! Tutaj, już pierwszego dnia pomyślałam, że dotarłam wreszcie do Azji! Do tej Azji z mojej wyobraźni – do gwaru, chaosu, do ogromnych wieżowców, do masy ludzi przelewającej się falami przez ulice, do trąbienia samochodów i pozornego (czyżby?) braku zasad w ruchu drogowym. To było to!

Ogromne chinatown

W George Town znajduje się największe w Malezji chinatown. I nie ma się co dziwić, bo ponad połowa mieszkańców to Chińczycy, Malajowie stanowią tylko około 30%. Z tego też powodu nie zawsze da się z wszystkimi porozumieć po angielsku – część Chińczyków nie zna tego języka albo mówi z tak silnym akcentem, że ciężko ich zrozumieć. Kierowcy z Graba, gdzie zamawialiśmy przejazdy, w dużej mierze nie mówili po angielsku i trzeba było oszczędzić sobie zadawania im pytań. Ale nie bardzo nam to przeszkadzało, bo miasto to było jak każde inne pod względem zwiedzania – łatwo jest się tu odnaleźć, jeśli masz już za sobą doświadczenie w podróżowaniu i nie boisz się bariery językowej.

Na samym początku, jak lecieliśmy do Malezji, mieliśmy pewne obawy, że to inny kontynent, że szok kulturowy – będzie inaczej, będzie trudniej – pojawił się lekki stresik, mieliśmy oczy dookoła głowy i uważaliśmy na to, co robimy. Myślę, że gdzieś tutaj na Penang, zaczęliśmy przyzwyczajać się do tego szaleństwa, do odmienności i coraz bardziej rozumieć, że gdziekolwiek nie pojedziemy, podróże będą wyglądać mniej więcej tak samo, jeśli chodzi o ich organizację. W dzisiejszych czasach przecież (głównie dzięki internetowi) łatwo jest znaleźć nocleg, poruszać się po mieście i poza nim, zrobić zakupy czy zamówić jedzenie i dogadać się nawet bez dobrej znajomości lokalnego języka. Tylko trzeba próbować i nie blokować się. 🙂 I jak już wracaliśmy z wyjazdu, czuliśmy się prawie jak w domu, a napewno jak w dobrze znanej Europie, byliśmy bardziej wyluzowani i mniej „przestraszeni”.

Wracając do George Town…

Na każdym praktycznie kroku spotkać można różne świątynie – buddyjskie, hinduistyczne, taoistyczne czy meczety. Nawet na odległych od centrum ulicach były niezbyt duże świątynie, które i tak robiły spore wrażenie. Jakieś dwie przecznice od mieszkania, które wynajęliśmy, odwiedziliśmy dwie: jedna była tajska, a druga birmańska. Do obu nie płaciło się za wstęp, za to mnisi zbierali donacje. Obie były buddyjskie, ale znacznie się od siebie różniły i ciekawie było je porównywać. Więc jeśli lubisz takie klimaty to jest to miasto, którego zdecydowanie nie możesz pominąć, odwiedzając Malezję!

Niedaleko znajdował się także ogromny kompleks świątyń zwany Kek Lok Si. Było to naprawdę niesamowite miejsce, gdzie można spędzić cały dzień – lepiej nie ograniczać się czasowo, żeby dać sobie możliwość wejścia w każdy zakamarek. Niektóre z nich są dość ukryte, na przykład wejście na wysoką wieżę – troszkę się namęczyliśmy, żeby je znaleźć. O tej świątyni napiszę niedługo, bo o niej można by pisać i pisać. 😉

W tym chaosie jest metoda

Cywilizacyjny chaos w George Town sięga szczytu, poruszanie się po ulicy jest tam walką o życie – z reguły nie ma przejść dla pieszych, nawet przy dużych ulicach często brakuje chodnika, trzeba więc wchodzić między samochody i nie dać się przejechać – a nie jest to łatwe. Najgorsi są ludzie na skuterach, którzy nie zwracają uwagi ani na pieszych (mogą Ciebie potrącić jak wejdziesz na ulicę) ani na samochody (potrafią wjechać przed wycofujący samochód). Życie jest chyba dla nich niemiłe, wszędzie się spieszą i przez to jeżdżą jak szaleni.

Kierowcy mają jeszcze gorzej, bo muszą mieć oczy dookoła głowy i bardzo szybki refleks. Więc czytelniku, jeśli nie jesteś zaprawiony w boju, nie radzę w tym mieście wynajmować samochodu. Tu jest gorzej niż we Włoszech, gdzie ponoć jeżdżą wariaci – tutaj wjeżdżasz do istnego piekła zatopionego w gwarze miejskim. Ulice są bardzo ruchliwe, wszędzie jest głośno i cieżko odróżnić konkretne odgłosy od ogólnego zgiełku. Może dlatego radzą sobie tutaj także głusi kierowcy. Nie wiem, czy to było legalne, 😉 ale raz z Graba podjechała po nas głuchoniema kobieta. Jakież było nasze zdziwienie, jak się zorientowaliśmy. Przez całą drogę zastanawiałam się, jakim cudem ona jeździ i jeszcze się nie zabiła. Przecież nawet nie słyszy jak ktoś na nią zatrąbi czy jak karetka jedzie na sygnale. Ale może w tym mieście i tak nikt tego nie słyszy, bo jest za głośno… 😉

Brzmi to może dość negatywnie, ale działa i ma swój urok. Miasto jest duże, ale bardzo klimatyczne i bardzo mi się podobało. Może to kwestia tego, że zawsze chciałam pojechać do Azji, może to egzotyka tego miejsca, a może zasługa wszędzie obecnych pięknych świątyń, unoszący się zapach jedzenia i liczne graffitti oraz street art.

Jeśli chodzi o to ostatnie to George Town jest dość znane z graffitti, uroku rysunkom dodają prawdziwe przedmioty postawione tuż obok – i tak namalowany chłopiec jedzie z siostrą na prawdziwym rowerze i można pobujać się na zwykłej chuśtawce obok namalowanego bujającego się rodzeństwa.

Jest i nieco inny street art – „obrazki” zrobione z długich metalowych prętów. Te już nie podobały mi się aż tak bardzo. Jest to kwestia stylu niż formy, bo pomysł ciekawy, tylko jakoś wykonanie nie w moim guście. 🙂 W centrum informacji turystycznej można dostać darmową mapę miasta z zaznaczonymi wszystkimi street artami – warto wybrać się po nią, bo graffitti rozsiane są po całym centrum i czasem ciężko trafić na nie ot tak.

Azja bardzo kojarzy mi się też z ulicznym jedzeniem i spodziewałam się, że w tak dużym mieście budki będą stać na każdym kroku. Ale tak nie było. 🙂 Przy niektórych ulicach znajdowało się sporo takich miejsc, przy innych praktycznie w ogóle i można było przez godzinę chodzić i szukać ulicznego żarełka. Nam przydarzyła się taka sytuacja koło godziny 19 – ciężko było coś znaleźć, mimo iż byliśmy w centrum. Nie wiem, czy była to kwestia godziny czy tego, że budki z jedzeniem mieszczą się w większych grupach w konkretnych miejscach. Dobrze jest więc znać takie miejsce, żeby wiedzieć gdzie pójść. Jednym, które mogę polecić jest plac z budkami nieopodal Gurney Plaza, tuż przy rondzie. Było tam wiele straganów z różnymi pysznościami i można było we 2 osoby najeść się porządnie za trochę ponad 20 ringitów (czyli koło 20 złotych).

Czy nie bałam się rostrojów żołądka? W Meksyku „odkażałam się” wódką – pewnie była to tylko siła sugestii, ale działało. 😉 Tutaj nie było takich praktyk i nic mi nie dolegało, mimo iż mam dość wrażliwy żołądek. A przynajmniej miałam zanim zaczęłam jeździć w różne miejsca – może już trochę się uodpornił. 😉

Zabezpieczam się w ten sposób, że nie piję wody z kranu i zaczynam ostrożnie w nowym kraju – najpierw jem w restauracji. Nie biorę profilaktycznie żadnych probiotyków ani leków. Mam ze sobą tylko węgiel i nospę na wypadek gdyby jednak coś się przydarzyło.

I przyznam szczerze, że i tak nie zabezpieczam się dużo, bo powinnam nie pić drinków z lodem (ale jak to zrobić przy 30 stopniach na plusie??), nie myć zębów w wodzie z kranu ani nie jeść owoców ze straganów (bo jeśli są myte, to pewnie w kranówie). A ja do tego w ogóle się nie stosuję. I żyję. Nic mi nie jest, a przynajmniej trwam w błogiej nieświadomości 😉 😀 [Teraz jak to napisałam to pewnie wywołałam wilka z lasu i przy pierwszej możliwość dopadnie mnie zemsta tropików.]

Clan Jetties

Co warto zobaczyć na Penang?

Napewno kompleks świątyń Kek Lok Si, który znajduje się kawałek od George Town na wysokim wzgórzu. Sama architektura zapiera dech w piersi, a dodatkowo rozpocierają się stąd piękne widoki na wyspę. Niesamowite wrażenia gwarantowane, zwłaszcza jeśli wybierzecie się tam po południu i dopadnie Was burza! 😉 O Kek Lok Si będzie bardzo niedługo – jeszcze świeży pościk czeka już na swoją kolej! ;).

Żeby poczuć klimat, trzeba połazić po mieście, pooglądać street art i świątynie, zjeść coś z jakiejś budki stojącej na ulicy. Penang jest stolicą kulinarną Malezji, więc powinno się tu jeść jak najwięcej. 😉 Zanim pojechałam do Malezji, czytałam sporo o tym kraju, o zwyczajach i o kuchni. Znalazłam sporo różnych ciekawych potraw, które są dla tego miejsca charakterystyczne. Ze trzy dania zamówiłam, bo kojarzyłam nazwę, ale poza tym skończyło się tak jak zawsze – na miejscu wybierałam to, co miało ciekawą nazwę, fajnie wyglądało lub zaintrygował mnie jakiś składnik. Czasem nie wiedziałam nawet co jem. 😀 Sprawia to oczywiście pewne ryzyko, ale jak jest się otwartym na nowości to w większości wszystko jest dobre. 🙂

Miejscem, które wzbudziło we mnie sprzeczne emocje jest Clan Jetties. Nie jestem pewna, czy powinnam to miejsce polecać, bo są to w praktyce slumsy, gdzie wciąż żyją ludzie i prawie zaglądamy im do domów, chodząc po wąskich uliczkach i pstrykając fotki drogimi aparatami i smartfonami. Ale Clan Jetties są bardzo znane w George Town, reklamowane jako jedna z większych atrakcji i do tego znajdują się pod patronatem UNESCO, więc warto wiedzieć, że coś takiego istnieje. Co w tym miejscu takiego niezwykłego? A no są tam tradycyjne drewniane domy na palach w porcie, które miejscami potrafią być malownicze.

Na Penang żyło kiedyś kilka klanów, jednym z największych był klan Khoo. Ponad 650 lat temu zbudował on wielką posiadłość zwaną Khoo Kongsi, która stoi do dziś i bardzo dobrze się prezentuje. Warto ją zwiedzić, bo naprawdę robi wrażenie.

Spędziłam na tej wyspie tylko dwa dni, bo chciałam zobaczyć jeszcze inne miejsca w Malezji, a miałam tylko dwa tygodnie. Myślę, że warto zostać tu chwilę dłużej (4 dni przynajmniej), bardziej dla poszwędania się po mieście i zobaczenia kilku miejsc poza nim.

Gdybym miała tu jeszcze kilka dni to pojechałabym na wzgórze Penang (Bukit Bendera), które ma zaledwie 735 metrów, ale gwarantuje piękne widoki na miasto. Znajduje się ono niedaleko Kek Lok Si i jest tu kilka stopni mniej niż w innych częściach wyspy (jest to raczej na plus, ale pod wieczór może być już zimno). Trzeba na taki wypad przeznaczyć kilka godzin. My nie zdecydowaliśmy się tam pojechać, bo przeczekaliśmy deszcz w świątyni i zrobiło się już dość późno, a poza tym chcieliśmy zobaczyć na koniec którąś z popularnych posiadłości.

Kolejną kuszącą atrakcją jest wędrówka po parku narodowym – w informacji turystycznej w George Town przekonywali mnie, że najlepiej jest zarezerwować sobie na to cały dzień. Raz, że jest to daleko od miasta na północnym zachodzie wyspy, dwa że taki trekking zajmie kilka godzin, chociaż do wyboru jest kilka ścieżek o różnej długości i poziomie trudności. Na końcu jednej z nich znajduje się też plaża Monkey Beach, gdzie czeka chłodząca kąpiel, ale trzeba uważać na małpy złodziejki. Można tam dojechać autobusem, chociaż biorąc pod uwagę niskie ceny graba na Penang, trzeba by rozważyć także tą opcję.

Innymi miejscami, które miałam na swojej liście, a których nie udało się zobaczyć były Blue Mansion (Cheong Fatt Tze) i Kuan Yin Teng Temple. Kolejnym znanym zabytkiem jest Pinang Peranakan Mansion, którego jednak bym nie polecała, bo moim zdaniem nie było to jakoś nadzwyczajne miejsce, a droższe od innych (20 RM). Może nie jes to to niesamowicie drogo, ale chyba za bardzo się cenią jak na to co oferują – możliwe też, że po prostu takie domy nie robią na mnie dużego wrażenia i dlatego mi się nie podobało (przepych oczywiście wyglądał z każdego zakamarka). 😉

Praktycznie

Penang_mapa

Interaktywną mapę Google z pozaznaczonymi miejscami znajdziesz tutaj.

George Town razem z miastem Malakka znajdują się na liście UNESCO.

Jak poruszać się po wyspie?

Przed wynajęciem noclegu zastanawiałam się, w jakiej okolicy warto by coś znaleźć – cały czas chodziło mi po głowie, że dobrze by było w centrum, ale jednak spodobał mi się domek kolonialny na Bangkok Street. Mimo iż dzielnica na pierwszy rzut oka na street view wyglądała na obskurną, to była bezpieczna. No i w Malezji wiele miejsc może wyglądać obskurnie, bo to Azja ;), więc nie ma się co tak przejmować i trzeba się przyzwyczaić. 😉

Mieszkanie znajdowało się kawałek od centrum, ale okazała się to być idealna baza wypadowa – mieliśmy z 10-15 min Grabem do zabytków, jeśli nie było korków, a łatwiej było wyjechać poza miasto. Swoją drogą Grab okazał się tutaj strzałem w dziesiątkę, bo był naprawdę tani, często kosztował nas mniej niż 10 RM za dwie osoby (10 zł), nawet wycieczka do Kek Lok Si wyszła 11 RM, mimo iż jechaliśmy tam minimum 20 minut. Grab był tu zdecydowanie tańszy i bardziej opłacalny niż w Kuala Lumpur.

Jednak Ci co mają czas, mogą zainteresować się darmowymi autobusami, które jeżdżą po głównych regionach miasta – mapkę można dostać w informacji turystycznej. Jeśli dobrze pamiętam to kursują one tylko w jedną stronę po okręgu. Do tego są i standardowe autobusy, które kosztują mniej więcej tyle, ile w Polsce, i kursują dość często.

Jeśli jesteś szaleńcem, to możesz wynająć skuter albo samochód. Ja osobiście bym się nie odważyła, bo jak pisałam wyżej – tutaj panuje wolna amerykanka i trzeba mieć oczy dookoła głowy.

Kek Lok Si

Jak się tu dostać?

Na Penang, w odróżnieniu od Langkawi, można dostać się zarówno drogą morską, powietrzną, jak i lądową, więc wybór jest. 🙂 Krótki opis naszej podróży promem z Langkawi znajdziesz tutaj.

Dalej, do Cameron Highlands, pojechaliśmy autobusem. Z George Town jest kilka połączeń, wyspa ta jest dobrze skomunikowana z resztą Malezji. Jeśli odważysz się wypożyczyć samochód, to też jest to dobra opcja na przedostanie się gdzieś wgłąb półwyspu.

Kolejną opcją jest samolot – napewno zatrzymuje się tutaj Malaysia Arlines – tania linia lotnicza, ale jednak z wyższym standardem niż w europejskich tanich liniach. O naszym locie przeczytasz tutaj. Najprawdopodobniej lata tutaj także Air Asia, która również jest tanią linią, ale z nią nie miałam jeszcze żadnej styczności.

O kosztach wyjazdu przeczytasz tutaj.

Nisia

Szukasz inspiracji na kolejną podróż? Tutaj znajdziesz opisy miejsc, w których byłam wraz z linkiem do mapy.

Posty, które mogą Ciebie zainteresować:

10 myśli na temat “To jest dopiero prawdziwa Azja! (George Town, Penang, Malezja)

    1. W sumie to zależy gdzie dokładnie do Azji jedziesz i jak Twoje dziecko znosi podróże. Dziecka nie mam, więc nie mogę się wypowiedzieć z własnego doświadczenia, ale np mój kumpel jeździł z mniejszym dzieckiem na bliski wschód i nie miał żadnych problemów

  1. Fakt, jest coś z tym szalonym jeżdżeniem w Azji. Niby niebezpiecznie, trzęsie i często jest niewygodnie, ale ma to też swój urok :). Samochodu bym nie wynajął, ale teraz z przyjemnością wsiadłbym do rikszy :).

    1. Ja jeszcze nie miałam okazji jeździć rikszą, ale w przyszłym roku będzie to już obowiązek 😀

    1. Bo z podróżowania robi się mania. 😛 Teraz jeżdżenie po świecie jest bardziej dostępne. Z jednej strony to na plus, bo podróże kształcą – można wiele zobaczyć i dużo się nauczyć, a z drugiej na minus, bo niektórzy mają gdzieś środowisko i pozostawiają po sobie wielki syf i zanieczyszczenia. :/

      PS. Małpki jeszcze się pojawią 🙂

Dodaj komentarz