W Kimonie po Kioto (Kiyomizu-dera)

Zanim jeszcze przyjechałam do Japonii, marzyłam o tym, żeby przymierzyć tradycyjny japoński strój! Zastanawiało mnie czy będę w nim nienaturalnie wyglądać, bo w końcu jestem Europejką, a on został stworzony dla Japonek! No i początkowo myślałam, że będzie dużo problemu, żeby znaleźć miejsce, gdzie może się w niego ubrać. Natomiast w Kioto jest naprawdę dużo firm oferujących wypożyczenie kimona, gdzie nie tylko Ciebie sprawnie ubiorą, ale mogą także uczesać. 🙂

Czaro nie był do końca przekonany do tego pomysłu – chyba nie było żadnego konkretnego powodu, kwestia sceptycyzmu. Na szczęście oboje lubimy próbować różnych rzeczy i nie oszczędzać, jak już jesteśmy w podróży, żeby pełną parą doświadczać atrakcji oferowanych w danym kraju. 😉 Zdaję sobie sprawę, że niektóre są typowo pod turystów, ale jeśli urozmaicają wyjazd i są fajne, to czemu sobie odmawiać? 😉

Jak tylko wysiedliśmy z autobusu w drodze na Kiyomizu-derę, jedną z najbardziej znanych świątyń w Kioto, znaleźliśmy 2 wypożyczalnie kimon. W jednej czas oczekiwania wynosił 1 h, więc poszliśmy do tej drugiej. Wygląda na to, że w wielu wypożyczalniach można online zarezerwować czas wizyty, żeby skrócić czekanie – takie popularne jest przebieranie się w japońskie stroje w okresie kwitnienia hanami.

W drugim miejscu powiedziano nam, że będziemy czekać 30 minut, ale zanim wybrałam kimono i pas, już prawie była pora, żeby się przebrać. Pierwsza ważna uwaga – zdecydowanie polecam skorzystać z toalety przed zakładaniem kimona, bo potem musi być strasznie ciężko robić to w takim ubiorze – jest on bardzo mocno dopasowany do ciała, a japońskie toalety bardzo ciasne. 😉 😀

Ubieranie i czesanie

Zaprowadzono mnie na inne piętro, gdzie ubierała mnie starsza Japonka, a ja obserwowałam każdy jej ruch w lustrze przede mną. Obok ubierała się inna dziewczyna. Nie było więc stuprocentowej prywatności, ale do pomieszczenia nie wchodziły inne osoby, a ja byłam skupiona na sobie samej, więc mi to nie przeszkadzało.

Mój podziw rósł z każdą kolejną warstwą! 😀

Na samym początku dostałam białe skarpetki i rozebrałam się do majtek oraz podkoszulka (bałam się, że inaczej zrobi mi się zimno). Japonka nałożyła na mnie ze 4 różne warstwy materiału, każdą związała grubą tasiemką. Wiązała je dość mocno, żeby wszystko dobrze przylegało i trzymało się na miejscu. Przy pierwszej warstwie poprosiłam o poluzowanie tasiemki, ale potem już dałam sobie spokój i tylko napinałam trochę brzuch podczas wiązania, żeby zostawić sobie troszkę miejsca i się nie udusić! 😉 Pewnie lepiej by było dać naciągnąć tasiemki, ale nigdy nie lubiłam gorsetów i czułabym się bardzo niekomfortowo jako obwiązana sardynka. 😉

Na koniec nałożyła kimono, przewiązała pasem, pod niego dała usztywniacz, żeby ładnie się trzymał, dogładziła wszystkie zagniecenia, ponaciągała materiał gdzie trzeba i voila! Stałam i gapiłam się w lustro, będąc pod dużym wrażeniem.

Nie dość, że sam proces wydawał się dziełem sztuki, to jeszcze czułam się naprawdę wyjątkowo ślicznie! 😀

Photo by instagram.com/czesu

Całość trwała może z kwadrans – zdecydowanie widziałam, że kobieta ubiera mnie bardzo starannie, ale ma w tym ogromne doświadczenie. Na koniec dostałam jeszcze do wyboru torebkę – były różnego rozmiaru, wzięłam więc dość duże, bo zawsze noszę przy sobie wiele szpargałów, które jakimś cudem uznaję za konieczne. 😉

Potem jeszcze dostałam sandały – z nimi miałam problem, bo nawet duże rozmiary były na mnie za małe (noszę rozmiar 40-41, a czasem nawet 42). Ale udało się znaleźć względnie dobre, takie żebym przynajmniej nie walczyła ze spadającą piętą – miałam w końcu trochę kilometrów do przejścia. Całkiem możliwe, że wybór byłby większy, gdybyśmy przyszli do wypożyczalni z rana, ale my tam dotarliśmy koło południa. Cierpią ci, którzy nie wstają wcześnie z łóżka w czasie urlopu. 😉

Photo by instagram.com/czesu

Jak już byłam w pełni ubrana, usadowili mnie na fotelu, gdzie inna kobieta zrobiła mi ładną fryzurę. Tu również mogłam wybrać – pytano, czy chcę wyglądać elegancko czy raczej uroczo. Jako że kimono było wystarcząjaco kobiece i urocze (przeważał na nim ciemny róż, a całości dopełniały kolorowe kwiaty), do czego nie jestem przyzwyczajona, to wzięłam pierwszą opcję. 😉

To też trwało dość krótko, może z 10 minut. Byłam przygotowana na to, że dla nich to jednak jest biznes i że starają się jak mogą (tacy już są Japończycy), ale idealnie nie będzie, bo dużo dziewczyn było chętnych – ze mną przyszło chyba z 8 osób. W każdym razie byłam bardzo zadowolona z efektu. 🙂

Czaro również wyglądał bardzo przystojnie w swoim przebraniu – zielonym Kimonie i bordowym płaszczu. Wspominał mi potem, że jemu kobieta zakładala na biodra pod brzuchem coś co przypominało ręczniki, a potem związała to jeszcze pasem, podnosząc brzuch do góry. 😀 Śmieliśmy się, że może im większy brzuch tym bogatszy był kiedyś facet, więc duży brzuchol dobrze świadczył o mężczyźnie. 😉 😀

Na miejscu zostawilismy swoje rzeczy i buty (dostaliśmy na to duże torby) i można było ruszyć w drogę! 🙂

Pierwsze kroki w kimonie

Oboje czuliśmy się trochę jak w gorsetach, bo wszystkie warstwy były dość mocno związane i trochę sztywne. Było to dla mnie dosłownie przebranie i traktowałam to jako zabawę. Po jakimś czasie przyzwyczaiłam się do tego ścisku. Myślę, że jest on potrzebny, żeby całość się nie przemieszczała i wyglądała dobrze przez dłuższy czas, a nie tylko pierwsze pół godziny.

W takim stroju nie chodziło się zbyt łatwo – trzeba było stawiać małe kroczki, bo kimono ograniczało ruchy, a do tego sandały były trochę śliskie i małe. Nie było to jednak tak, że musiałam bacznie pilnować każdego kroku i zwracałam uwagę tylko na to – o, nie! Uważałam, ale chodziłam w miarę normalnie tylko stawiałam mini kroki. No i uważałam na schodach, bo jednak szata była dość długa, prawie sięgała sandałów i raz ją lekko przydeptalam. 😛

Photo by instagram.com/czesu

Po drodze dokupiłam wachlarz za 2 tysiące yenów (były takie i za 8 tysięcy), żeby dopełnić wizerunku i mieć jakiś przyrząd do zdjęć. 😉 Nie jestem modelką i czasem nie wiem, co zrobić z rękoma, więc taki rekwizyt pomagał.

Z powodu kimona stwierdziliśmy, że zjemy coś dopiero jak je oddamy – raz że szkoda by było je pobrudzić, dwa że niewygodnie się w nich siedziało i dodatkowe jedzenie w brzuchu mogło by spowodować pęknięcie napiętych pasów. 😉 😀 Z piciem też nie przesadzałam – wolałam nie sprawdzaćc, czy łatwo jest skorzystać z toalety w kimonie i potem ułożyć je odpowiednio na miejsce. 😉

Jak na sesji zdjęciowej w plenerze

Spacerowaliśmy ładnymi uliczkami pełnymi drewnianych domów i sklepów z pamiątkami. Była to ciekawa odmiana nie tylko w porównaniu z ogromnymi wieżowcami w Tokio, ale chociażby z dużą ulicą Kioto kilkaset metrów niżej, gdzie wysiadaliśmy z autobusu.

Wokół pełno było ludzi, sporo z nich też noszących kimona. Ludzie wariowali jak zauważyli gdzieś wiśnię, która zakwitła – wszyscy chcieli z nią zrobić zdjęcie, zatrzymywali ruch, prawie wchodzili do knajp tylko dla tej jednej fotki. A jak na złość kwiatów było dość mało, więc ludzie tym bardziej chcieli je uwiecznić zanim wyjadą z kraju. Przyjechaliśmy tu na hanami, ale pech chciał, że wiśnie zakwitły później niż się spodziewano, więc nie udało się nam zobaczyć pełnego rozwitu.

Wszędzie tłumy 😉

Zdarzyło się kilka razy, że w czasie gdy Czaro robił mi zdjęcie, dołączał się jakiś paparazzi, który również mnie fotografował. 😀 W Kimonie w Japonii można poczuć się jak prawdziwa modelka! 😉 Podobnie było w Tokio przy świątyni Senso-ji – widziałam jak ludzie fotografowali (z ukrycia bądź otwarcie) dziewczyny w tradycyjnych strojach. To tak jakby stanąć się gwiazdą na jeden dzień. 😉

Spacerowaliśmy powolutku, idąc w kierunku głównej świątyni. Widziałam już, że Kiyomizu-dera jest w remoncie i obok stoi rusztowanie z bambusa, nie było to więc dla mnie zaskoczeniem. Ale przyznaję, że trochę mnie zdziwiło, że tak mało jest tam do zobaczenia. 😉 Gdyby nie przebrania to chyba miałabym słabe wspomnienia z tego miejsca, bo spodziewałam się czegoś więcej. Więcej fajnego. 😉

Główną atrakcją był budynek po prawej (widać fragment) – cały w rusztowaniu

Praktycznie

Obawiałam się kilku rzeczy związanych z ubieraniem kimona – pierwsza z nich to czy kimono nie będzie za krótkie? Okazało się, że było to zupełnie bezpodstawne, bo szaty te są bardzo długie, ale się je podwija i na spokojnie mogłaby je ubrać o wiele wyższa kobieta. Jakiś limit pewnie jest, ale nie wiem, ile on wynosi. 🙂

Czy nie będzie mi za zimno, biorąc pod uwagę, że było jakieś 16 czy 19 stopni? Było mi w nim wystarczająco ciepło, a nawet za gorąco jak siedziałam na krześle u fryzjerki. Pod wieczór zaczęło wiać i czułam to na karku, który jest odsłonięty, ale wciąż nie było zimno. A ja jestem zmarźluchem. 😉

Czy dogadam się w wypożyczalni? Ten biznes jest nastawiony na turystów – głównie azjatki, ale na ulicy widziałam też kilka białych kobiet w kimonach. Tutaj głównie recepcjonistki mówiły po angielsku, reszta średnio. Raz fryzjerka wolała recepcjonistkę, bo zadawała mi pytania i nie mogłyśmy się dogadać. Ale ostatecznie było ok. 🙂

Ile to kosztuje? Ceny w tej wypożyczalni były następujące:

  • 7000 yenów dla pary, 1500 fryzura, 500 kwiaty do włosów.
  • Były też chyba kimona i za 3000 yenów, ale przy rezerwacji przez stronę.
  • Lepsze były i za 8 tys za jedno.

Ceny podobne wszędzie.

W jakiejś wypożyczalni na stronie internetowej widziałam, że biorą 10 tys yenów depozytu. Tutaj nie było czegoś takiego. Można też było płacić kartą, ale trzeba było to zrobić przez ich stronę, podając tam wszystkie dane, więc zapłaciliśmy gotówka, bo było szybciej i prościej.

Kiedy oddać? W większości miejsc trzeba to zrobić do godziny 18, ale okazjonalnie zdarzało się też, że do godziny 20. Wypożyczenie jest tylko do końca dnia, bez względu na to, o której godzinie się wypożyczy.

Nisia

Photo by instagram.com/czesu

Szukasz inspiracji na kolejną podróż? Chcesz poczytać o konkretnym miejscu? Zajrzyj tutaj.

Posty, które mogą Ciebie zainteresować:

2 myśli na temat “W Kimonie po Kioto (Kiyomizu-dera)

  1. Pamiętam, ile było śmiechu, jak zaznajomiona Japonka przyszła ubierać Polkę w kimono… na koniec zdradziła, że wzięła męskie 😉 I jeszcze opowiadała, że kiedyś ślubne kimono to był skarb, duma i pamiątka, z pokolenia na pokolenie przechodził – a teraz młode oddają do wypożyczalni, bo nie wiedzą, co z tym robić ani nie mają ochoty przechowywać… może też w czyimś ślubnym paradowałaś 🙂

Odpowiedz na „NisiaAnuluj pisanie odpowiedzi