Kamakura w 1 dzień, część 1 (Japonia)

Kamakura nazywana jest Małym Kioto – jest to nieduże miasto oddalone około godziny jazdy pociągiem od Tokio i zawiera bardzo dużo świątyń i nawet mały lasek bambusowy. Klimatem faktycznie przypomina Kioto, ale jest zdecydowanie bardziej skondensowane. 🙂

Na początku wstąpiliśmy do informacji turystycznej koło dworca, żeby wziąć mapę z zabytkami. Kobieta z obsługi poinformowała nas, które miejsca są najbardziej warte zobaczenia (miałam wyszukanych sporo ciekawych miejsc i nie mogłam się zdecydować, co napewno chcemy zwiedzić) i przede wszystkim powiedziała, o której są zamykane, co było dość ważne, jeśli chcieliśmy zobaczyć ich kilka.

Godziny otwarcia znacznie się różniły – niektóre świątynie są otwarte tylko do 16, a inne aż do 21. Z tego też powodu skakaliśmy trochę po mapie, bo dotarliśmy do Kamakury dopiero po godzinie 11. Baliśmy się, że zamkną nam te świątynie, na których nam zależało, więc ustaliliśmy kolejność zwiedzania.

Na początku planowałam zwiedzać miasto na piechotę, ale z powodu presji czasowej zmieniliśmy zdanie i w informacji turystycznej kupiliśmy bilet całodzienny na autobus i kolejkę miejską, który kosztował tylko 570 yenów i okazał się bardzo przydatny (normalnie chyba około 240 yenów za przejazd).

Matcha w klimatycznym lasku bambusowym

Najpierw udaliśmy się na wschód do świątyni Hokokuji – jednym z powodów tego wyboru były bambusy. 🙂 Mieliśmy je zobaczyć w Arashiyamie w Kioto, ale czemu ograniczać się tylko do jednego miejsca? 😉

W drodze wstąpiliśmy na szybko do drobnej świątyni Jomyoji, która znajdowała się tuż obok. Widok, który tam zobaczyłam był jak wyjęty z jakiegoś animca. 😀 Ta brama to dla mnie esencja tradycyjnej Japonii. 😀

Niby świątynia niewielka, a jednak bardzo ładna i ciekawa. Żeby wejść do środka, trzeba było oczywiście zdjąć buty. Nie zdecydowaliśmy się na to, bo wszystko można było zobaczyć z zewnątrz – pomieszczenie było dość małe.

Przy wejściu do świątyni Hokokuji znajdował się ładny japoński ogród z różnymi posągami. Stał też ładny budynek, przy którym pokręcilimy się przez chwilę. Dość szybko jednak udaliśmy się dalej, czyli do lasku bambusowego, gdzie wstęp był płatny (200 yenów albo 700 yenów z poczęstunkiem herbatą; matchę serwują między 9:30 a 14:00).

Tam spacerowaliśmy wytyczoną dróżką wśród bambusów – las był niewielki, ale było to moje pierwsze spotkanie z tego typu lasem. Było całkiem ładnie, najciekawiej roiło się, kiedy drzewa ocierały się o siebie, skrzypiąc i grożąc, że któreś spanie nam na głowę. 😉 Tutaj nie było aż takiego fajnego efektu, bo drzewa nie rosły bardzo blisko siebie – najbardziej słychać było to w Arashiyamie, gdzie dotarliśmy kilka dni później.

Photo by instagram.com/czesu

Siedliśmy na chwilę w małej chatce na herbatę matcha. Było to trochę dziwnie zrobione, bo cała knajpka była raczej dużym tarasem, a za małą ladą siedziały bodajże 3 babeczki i cały czas ucierały herbatę. Przy zewnętrznych stolikach siedziały osoby pijacę herbatę i rozkoszujące się widokiem na bambusy, a jak one sobie poszły to osoby z tyłu przesiadały się do przodu. Herbatę dostawało się będąc w 2 rzędzie, więc zdążała trochę wystygnąć, jeśli osoby przed tobą zasiedziały się zbyt długo – tak właśnie przytrafiło się nam. Było tam całkiem sporo osób, więc z jednej strony rozumiem taki system – obsługa musiała nadążać z wydawaniem napoju, bo z tyłu stała już sporej wielkości kolejka.

Dostaliśmy też cukier w formie cukierków pudrowych – wsadza się je do buzi przed piciem i potem szybko pije. Daje to całkiem fajny efekt, bo bez cukierków herbata jest bardzo mocna. Ma ona specyficzny smak i może nie przypaść do gustu nawet takim znawcom gorzkiej herbaty jak ja. 😉 Cukierek znacznie poprawił jej smak. 🙂

Zabawiliśmy tam z 15 minut, bo nie bardzo dało się tam wychilloutować, biorąc pod uwagę „przemiał” klientów. Widoczek był niczego sobie, ale szkoda było tej stygnącej herbaty. 😉

Daibutsu, czyli największa atrakcja Kamakury

Potem pojechaliśmy autobusem do Wielkiego Buddy, który był głównym celem tej jednodniowej wycieczki. Co ciekawe cała okolica była dość mała, nie było tam zbyt wiele innych atrakcji, ale za to Budda wielki na 13 metrów i przecież to o niego właśnie chodziło. 😀

Łaziło przy nim sporo osób, ale dało się na spokojnie zrobić zdjęcie, bo siedzi on na platformie i góruje nad wszystkimi. Prezentuje się więc w całej swojej okazałości i można go podziwiać bez problemów. Dla mnie był to główny punkt programu, ale chyba spędziliśmy przy nim najmniej czasu ze wszystkich miejsc. 😉 No bo ile zdjęć można zrobić siedzącemu Buddzie? 😉

Mimo wszystko statua jest tego warta, żeby do niej zajść. Na miejscu jest trochę drzew wiśni, ale nie zakwitły jeszcze jak tam byliśmy.

Dopadł nas olbrzymi głód, więc pochłonęliśmy pyszne gorące pampuchy, które kupiliśmy w budce przed wejściem i zrobiliśmy sobie bardzo krótki piknik z widokiem na Buddę. Nie wiem, czy tam można jeść (czy to wypada? 😉 ), ale chyba Budda się nie obraził, bo nie zesłał na nas żadnych piorunów ani kataklizmów ;). A inaczej byśmy padli i trzeba by było nas zbierać z podłogi – a to pewnie też nie wypada, żeby karetka na sygnale wjeżdżała i robiła hałas ;).

Ciekawscy mogą również wejść do środka posągu – nie spodziewajcie się jednak cudów, bo to jest po prostu środek wydrążonego posągu, kompletnie pusty. 😉 Wstęp kosztuje 20 yenów, ale chętnych nie brakuje (może właśnie dlatego, że tak tanio – każdy przez chwilę chce pobyć w skórze Wielkiego Buddy).

Wstęp do świątyni: 200 yenów. Godziny otwarcia w marcu 8-17.

Hasedera – niedoceniona świątynia

Piechotą przeszliśmy do świątyni Hasedera – mało brakowało, a byśmy ją ominęli, żeby zdążyć zobaczyć tą bardziej popularną, która zareklamowała nam kobieta w informacji turystycznej. Hasederę też wspomniała, ale nie rozwodziła się nad nią zbyt długo – czemu bardzo się dziwię, bo była ogromna i przepiękna! Może kobieta mówiła o tych ważniejszych dla wiernych, a nie dla turystów… Czasem przecież tak bywa, że jakaś świątynia jest ważna dla wiernych z jakiegoś powodu, a wcale nie obrasta złotem, nie jest cudem architektury i nie mieni się w słońcu jak przepiękny klejnot.

Mapa całego kompleksu

Hasedera była naprawdę niesamowita!

Trzeba było wdrapać się po kilku(dziesięciu) schodach, po drodze zatrzymując się przy mniejszych budowlach i odkrywając statuetki Jizō z czerwonymi czapeczkami. Jizō występuje w wierzeniach buddyjskich i jest patronem podróżników, matek i niemowląt. Bardzo często matki ubierają statuetki Jizō w ubranka dziecięce, aby bóstwo miało ich dzieci pod swoją opieką.

Wiąże się z tym trochę mroczny mit jak to zmarłe bądź nienarodzone dzieci, których rodzice nie modlą się o ich reinkarnacje, zostają uwięzione w piekle, gdzie budują pagody z kamieni aby zasłużyć na ratunek. Co noc demony psują ich budowle i w takim wypadku wesprzeć ich może tylko Jizō.

Z jednej strony więc te posążki są bardzo urocze, z drugiej kojarzą się mocno ze zmałymi dziećmi, co chwyta za serce…

Na górze czekał nas duży kompleks kilku budynków i widok na ocean. Można też wejść jeszcze wyżej na punkt widokowy, ale my nie skorzystaliśmy, żeby nie zastał nas zmrok (słońce zachodziło koło 17:30). Była też mała jaskinia z małymi posążkami, gdzie trzeba było się pochylić, żeby nie uderzyć głową o sufit. 😉

To miejsce bardzo mi się podobało i mogłabym tam zostać jeszcze dłużej na ławeczce z widokiem na ocean by kontemplować życie i jego sens. 😉

Ale że wybrałam życie podróżnika, ciekawość ciągle pcha mnie do przodu, a wtedy mało mi było jeszcze wrażeń, więc po prostu ruszyliśmy dalej. 😉

Wstęp do świątyni: 300 yenów.

CDN…

Nisia

Photo by instagram.com/czesu

Szukasz inspiracji na kolejną podróż? Chcesz poczytać o konkretnym miejscu? Zajrzyj tutaj.

Posty, które mogą Ciebie zainteresować:

Dodaj komentarz