Piękna Laguna (Balos, Kreta)

Wyjazd na Kretę miał służyć głównie odpoczynkowi, ale jak to tak przez 10 dni nie zwiedzić żadnego cudownego miejsca i siedzieć na tyłku cały czas? 😉 Znalazłam kilka miejsc wartych odwiedzenia, w tym Lagunę Balos. To, że tam pojedziemy było pewne, trzeba było tylko zdecydować czy wybieramy się wypożyczonym samochodem czy z wycieczką.

Wycieczka zorganizowana czy na własną rękę?

Dojazd na Balos jest utrudniony, ponieważ jedzie się szutrową drogą pod górę przez kilka kilometrów, koło przepaści. Do tego parking nie jest wielki i jak nie ma już wolnych miejsc, ludzie czekają na drodze (parkują?). Potem trzeba jeszcze przejść kawałek na skraj góry i zejść w dół.

Wypożyczalnie samochodów często nie obejmują ubezpieczeniem tej konkretnej drogi i czytałam, że jest ona wyzwaniem nawet dla doświadczonych kierowców. Trzeba się więc dobrze zastanowić, czy jest się gotowym na tą opcję.

Ja nie byłam. 😀

Na niektórych blogach można spotkać opinie, że jeśli jedziesz zorganizowaną wycieczką na Balos, to nie zobaczysz tego najbardziej znanego widoku na całą lagunę. Ponoć widzą go ci, co muszą iść na piechotę z parkingu, żeby dojść do plaży. Ale przecież można się wdrapać kawałek w górę i stamtąd też jest niezły widok. My tak właśnie zrobiliśmy, nie weszliśmy na samą górę, a udało się zrobić ładne zdjęcia. Wejście w obie strony zajęło nam jedyne 20 minut.

Oczywiście jeśli ktoś woli siedzieć w morzu cały czas, to może uważać taki spacer za stratę czasu. Ale wtedy pewnie nie jechałby specjalnie tam, gdzie najsłynniejszy widok to właśnie cała laguna, ale wybrałby się na przykład na Elafonisi, gdzie jest ładna plaża z różowym piaskiem.

Dla mnie te 3 godziny, które mieliśmy na Balos, to było nawet za długo, żeby siedzieć ciągle w chłodnej wodzie – dodatkowo wiał wiatr, który obsypywał piaskiem i wodorostami i nie było to zbyt przyjemne.

Statkiem na wyspę Gramvousa

Trochę się przeraziliśmy, jak usłyszeliśmy, o której wyrusza się w rejs statkiem – w parku niedaleko nas mieliśmy być o 8:20. Tak, wiem, dla niektórych jest to już dzień, ale dla mnie na urlopie budzik przed 7 rano oznacza wstawanie w nocy. 😉

Udało się jednak wstać, nawet zrobić kanapki na śniadanie i zdążyć na autobus, który zawiózł nas do portu Kissamos. Tam kierowca poszedł kupić bilety na statek, rozdał je, pobierając €1 podatku i wyjaśnił, że będzie tu na nas czekał o 17:30. Nie przyszło nam do głowy w tej chwili, aby poszukać numeru autobusu, a on o tym nie wspomniał. Jak się potem okazało, było z 20 autokarów o tej porze w drodze powrotnej i szukaliśmy igły w stogu siana, wypatrując naszego kierowcy. A wystarczyło zrobić zdjęcie autobusowi i numerowi. 😉 Na szczęście długo nam to nie zajęło i nie było się co spieszyć.

Gramvousa w oddali

Mieliśmy ruszyć o 10:10 (według biletu) albo 10:20 (według programu wycieczki z biura podróży, w którym ją kupiliśmy), ale statek wypłynął gdzieś koło 10:40, a podróż zajęła koło godziny. Możliwe, że przez to opóźnienie skrócił się nam postój na wyspie Gramvousa, do której dopłynęliśmy najpierw. Mieliśmy tu być jakieś 2,5 h, a byliśmy tylko 1 h 40 minut. Druga opcja jest taka, że po prostu plan wycieczki się nie kleił, bo jak zaczęłam liczyć te godziny, to coś mi się faktycznie nie zgadzało. 😉

Zamiast się nad tym zastanawiać, ruszyliśmy pod górę na ruiny zamku weneckiego, o którym krótko opowiedzieli nam na statku przed dopłynięciem na miejsce. Wszystkie komunikaty były w kilku językach, w tym po angielsku, a nawet po rosyjsku, ale polskiego wśród nich nie było.

Schodkami do ruin zamku

Przygotowaliśmy się na to podejście i mieliśmy nie tylko kapelusze na głowie, ale także trampki na nogach – całe szczęście, bo droga była mocno pod górę, wśród kamyków oraz po wyślizganych kamieniach. Widziałam kogoś w klapkach – zdecydowanie nie polecam czegoś takiego, to prawie jak wybrać się na Giewont w szpilkach. 😉

Słoneczko przygrzewało dość mocno i nie było się gdzie schować w cień, musiałam więc zatrzymać się na chwilę ze 3 razy i napić się wody, mimo iż droga wcale nie wydawała się długa. Wejście, zwiedzenie niewielkich ruin oraz zejście na dół zajęło nam niecałą godzinę.

Ruiny zamku
W drodze powrotnej

Naiwnie myślałam, że to już stąd będzie widać lagunę Balos (oczywiście całą), ale się pomyliłam. Mimo wszystko mieliśmy całkiem niezły widok na góry naprzeciwko oraz na zatokę. Zwłaszcza jak jeszcze byliśmy tam sami. Nasza łódź była niewielka, a jakieś 30 minut później przypłynął ogromny statek i nie było końca pasażerom, którzy się z niego wysypywali. Nawet jak schodziliśmy już na dół, była prawie kolejka na dróżce pod górę.

Mieliśmy jeszcze chwilę czasu, więc szybko poszliśmy do wraku statku znajdującego się w zatoce. Był to chyba jakiś mały kuter, bardzo mocno zniszczony. Ale pływało przy nim trochę rybek i była to atrakcja do snorkelowania, które spodobało mi się już w Malezji. Tutaj przydałyby się buty wodne, bo trzeba było zejść do wody po śliskich kamieniach. Obeszło się jednak bez tego i nikomu nic się nie stało.

Wszędzie na Krecie, gdzie były drzewa, cykady grały tak głośno, że zagłuszały nawet rozmowy. W tym miejscu również było je słychać.

Sesja fotograficzna i pływanie na Balos

Dalej popłynęliśmy na Balos, oddalone o niecałe 20 minut. Tutaj mieliśmy już 3 godziny. Nie było gdzie snurkować, bo woda była płytka, prawie bez ryb. Właściwie to w obu miejscach woda była przezroczysta o bardzo intensywnym kolorze (tutaj tak ślicznie turkusowa!).

Skierowaliśmy się na górę po drugiej stronie z zamiarem podejścia kawałek i zrobienia zdjęcia całej laguny. Brodziliśmy w wodzie, próbując przejść na skróty, ale czasem trzeba było zmienić kierunek, ponieważ w większości było płytko, ale jednak w niektórych miejscach woda sięgała nam do ud i robiła się coraz głębsza. Mieliśmy plecaki ze sprzętem fotograficznym, więc się wycofaliśmy. Same takie brodzenie w wodzie było całkiem przyjemne. 🙂 Zwłaszcza, że mieliśmy widok na wysokie i malownicze góry.

Nie planowaliśmy iść na samą górę, bo wystarczyło nam po prostu zobaczyć lagunę z wysokości, niekoniecznie z wysoka. Po 10-minutowym spacerze (łatwiejszym niż na wyspie Gramvousa) ujrzeliśmy piękny widok! Popstrykaliśmy kilka fotek, nasyciliśmy się scenerią i zeszliśmy w dół, żeby schłodzić się w wodzie. Tego krajobrazu nie da się opisać słowami i zdjęcia też tego nie oddają – było po prostu cu-dow-nie!

Rozłożyliśmy się na plaży i wskoczyliśmy do wody. Dość szybko zrobiło mi się zimno, bo mocno wiał chłodny wiatr. Po wyjściu z wody zaobserwowałam, że dziewczyny, które się opalały, często były całe w piasku właśnie przez tą morską bryzę.

Ubrałam się więc w koszulkę i skupiłam na robieniu zdjęć i podziwianiu pięknych gór wznoszących się tuż obok. To jest dość ciekawe, że Kreta jest niewielka, a ma w sobie tak ogromne góry – jeśli dobrze pamiętam, to są o ponad tysiąc metrów wyższe od naszych Tatr. Nie mówiąc o tym, że Polska przyzwyczaiła mnie do tego, że jest się albo nad morzem albo w górach. A Grecja to nie pierwszy kraj, gdzie można zobaczyć oba te krajobrazy w jednym miejscu. 🙂

Praktycznie

Całość zajęła nam 10h, bo na miejsce w Chanii byliśmy około 18:30.

Zapłaciliśmy za wycieczkę łącznie €38 za osobę, wliczając €1 podatku i jakieś €20 za rejs.

Jeśli chodzi o jedzenie, to nigdzie nie było knajp czy stoisk. Obiad kupiliśmy na statku, ale nie był zbyt dobry i do tego malutki – souvlaki kosztowały €5,50 i nie dało się tym najeść. Na Balos chyba była budka z lodami albo przekąskami, ale nic konkretnego.

Bardzo chciałam też pojechać do wąwozu Samaria, ale trzeba było wyruszyć o 6:20, więc chyba musiałabym wstać przed 5. To nie wchodziło w grę także dlatego, że wąwóz miał 16 kilometrów i trzeba to było pokonać piechotą – przy 30 stopniach w cieniu, a tam prawie cały czas szło się w słońcu. Stwierdziliśmy, że to jednak przesada i nie będziemy ryzykować ani udarem ani skręceniem kostki (trampki na długie łażenie po kamieniach nie są odpowiednie).

Tutaj musieliśmy kilka razy zatrzymać się przy wchodzeniu jakieś 20 minut pod górę na zamek, to co by było w wąwozie, kiedy wędrówka tam zajmuje 6 godzin? Zdecydowanie wycieczka nie na taką porę roku, chociaż szkoda że nie dało rady. Wąwóz ponoć bardzo piękny. I – jeśli się nie mylę – najdłuższy w Europie. 🙂

Plan całej podróży z zaznaczonymi punktami na mapie znajdziesz tutaj.

Nisia

Szukasz inspiracji na kolejną podróż? Chcesz poczytać o konkretnym miejscu? Zajrzyj tutaj.

Posty, które mogą Ciebie zainteresować:

Dodaj komentarz