Próbowanie nowych rzeczy (Wrocław)

Uwielbiam robić coś po raz pierwszy – zawsze to podwójna satysfakcja. Czasem wiążą się z tym niepewności czy stres (jak przy nurkowaniu z butlą 😉 ), ale jest to normalne, ponieważ – bez względu na to, jak dużo naczytasz się o odczuciach innych – nigdy tak naprawdę nie można być pewnym, jak to będzie wyglądało w Twoim przypadku. Jest to zarazem straszne jak i ekscytujące! 😀

Wpis z serii Z Życia Bloga, czyli co się u mnie działo w tym miesiącu i jak wyglądają moje podróże od podszewki

Gokarty

Pierwszym nowym doświadczeniem dla mnie we wrześniu była jazda gokartem. Niby nic takiego, ale dla osoby, która musi przyzwyczaić się do szybkości i jest ostrożna w jeździe samochodem, jest to dość ciekawe przeżycie. 😀 Zwłaszcza, że jeśli jedzie się wolno na torze gokartowym to nie ma w tym żadnej frajdy. 😀 Żeby poczuć przypływ adrenaliny, trzeba mocno gazować, wchodzić ostro w zakręt, uderzać w bandy, no i ścigać się z innymi. 😀 Wtedy dopiero zaczyna się zabawa! 😀

Photo by Natalia, post by Nisia

Gaz do dechy!

Jak to wyglądało z mojej strony? Na początku jechałam wolniutko – jak pisałam, musiałam przyzwyczaić się do prędkości, do toru, do obsługiwania gokarta. Wykupiliśmy 3 przejazdy po 10 minut, więc tymbardziej nie spieszyłam się z poznawaniem otoczenia. I czułam się jak na powolnym (i mało ekscytującym) zwiedzaniu mało skomplikowanego miejsca. 😛

Następnym razem więc jechałam szybciej, zwłaszcza, że okazało się, że przy pierwszych okrążeniach byłam jakieś półtorej minuty za wszystkimi. 😀 Ludzie po prostu wyprzedzali mnie co jakiś czas, z reguły obok mnie nie było nikogo, bo mijali mnie dość szybko, a ja bez problemów dawałam się wyprzedzić. 😛 Ale za drugim razem to się zmieniło, zaczęła się we mnie budzić wola walki! 😉 😀 Pomogła świadomość, że raczej nie uda mi się wywrócić do góry nogami, co było moją obawą przez jakiś czas (gokart nie ma ani dachu ani pasów, więc taka wywrotka byłaby dramatyczna!).

Dawałam więc gaz do dechy na prostej, gazowałam na zakrętach i namachałam się mocno kierownicą. Dopiero wtedy zaczęłam powoli czuć, że faktycznie z gokartami jak na siłowni – nie mają wspomagania kierownicy, więc bicepsy pracują, jeśli chce się mocno i szybko skręcić. Inni mówili o tym od samego początku, ale ja wtedy nie miałam wątpliwej przyjemności, aby tego doświadczyć. 😉

Ostatnim razem poniosło mnie jeszcze bardziej, zwłaszcza na ostatnim okrążeniu, kiedy próbowałam się ścigać z 2 innymi osobami (a właściwie to próbowałam ich dogonić, bo byli tuż przede mną :P). Moje pierwsze czasy okrążenia były w okolicach 2,.5 minuty, a ostatnie zajęły mi 1 minutę szybciej w porównaniu z pierwszymi okrążeniami – niezły postęp. 😀 Ale i tak byłam prawie 20 sekund za resztą naszych chłopaków. Za to przy ostatnich 10 minutach nie byłam już ostatnia na torze. 😉

Sunę z prędkością światła – photo by Natalia

Ogólnie to całkiem fajnie mi się jeździło. Poszliśmy z chłopakami z pracy na tor kartingowy przy stadionie. Tor był długi i całkiem ciekawy, więc człowiek się nie nudził. Niby wchodzi tam 20 osób, ale już przy 14 było dość tłoczno. Mieliśmy też śmieszne czepki na głowach, które zakładało się pod kask i które wyglądały, jak byśmy byli chirurgami. xD

Wszystkim się spodobało, więc gokarty staną się chyba naszą nową regularną aktywnością. A ja następnym razem zacznę od razu trochę szybciej, bo już wiem, czego się spodziewać i czego się nie obawiać. 😉

Spływ kajakowy

Już drugi rok próbowałam się wybrać na spływ, ale jakoś zawsze nie było mi po drodze. Zwłaszcza, że myślałam, że raźniej będzie jechać w grupie. Co – jak się okazało – nie miałoby wielkiego znaczenia, bo i tak nie płynie się tuż obok siebie, bo często nie ma na to miejsca. 😉 Sama nie wiem, czego się spodziewałam, ale zdecydowanie nie tego, czego doświadczyłam. 😀

Dwa razy pływałam kajakami po Odrze we Wrocławiu i chyba moje wyobrażenie błądziło wokół tego z założeniem, że będzie po prostu dłużej (spodziewałam się 2-3 godzin). To zdecydowanie jednak nie było to – w innym wypadku dałoby się zanudzić w kajaku albo usnąć z braku wrażeń. 😉 😀

Dużo niespodzianek

Zbiórka była w Oławie w sobotę rano (płynęliśmy z firmią Z Nurtem). Na początku mieliśmy krótkie szkolenie ze sprzętu oraz poinformowano nas, jak mniej więcej wygląda rzeka na tym odcinku. Sam początek był dość szeroki, nurt cały czas dość lekki, ale dałoby się prawie nie wiosłować by posuwać się do przodu (było kilka miejsc, gdzie trzeba było się przedzierać).

Ale potem zaczęły się przygody – raz wpłynęliśmy dosłownie w ścianę liści i trzcin – nie wiedziałam, w którą stronę płynąć, bo nigdzie nie było prześwitu, a dookoła nas znajdowały się krzaczory. Aż do momentu kiedy w nie wpłynęliśmy w nie, nie byłam pewna, czy tam przypadkiem nie ma ślepego zaułka. Tylko że nie widziałam innej drogi, a koleś nie mówił nic o przenoszeniu kajaków przez ląd. Próbowaliśmy więc poruszać się przed siebie, co było strasznie męczące.

Największym problemem w takim momencie jest to, że nie ma jak wiosłować. Jest tak ciasno, że nie ma jak się odpychać, wiosło i ręce płaczą co się wśród trzcin i gałęzi. Raz po prostu złapałam się za liście i mocno pociągnęłam – kajak ruszył do przodu, a liście w ogóle nie zostały wyrwane. Trzcina wchodziła wszędzie, raz połaskotala mnie w oko mimo tego, że na nosie miałam okulary słoneczne, a na głowie czapkę z daszkiem. Obie te rzeczy ratowały mnie przed ciągłym dostawaniem w twarz z liścia. 😛

Przydałby się też rękawiczki rowerowe, ale niestety nie przyszło mi to do głowy jak wychodziliśmy z domu. Zdarła mi się więc skóra z jednego kciuka, a na drugim prawie zrobił odcisk. „Prawie” , bo potem próbowałam trzymać wiosła, nie używając kciuków. Czułam się trochę jak inwalida, ale jakoś dawałam radę. 😛 😀

Utknęliśmy też raz na mieliźnie, trzeba było odepchnąć się wiosłami od dna. Chcieliśmy wtedy zawracać, bo była inna droga, ale płynięcie do tyłu pod prąd też nie byłoby dobrym pomysłem, a nie mieliśmy miejsca, żeby zawrócić.

Często więc trzeba było się namachać i napracować. Prawie dostałam grubą gałęzią w brzuch, bo była tuż nad kajakiem, a nie wykręciliśmy. 😀 Na szczęście udało się wyhamować w ostatnim momencie. Na takim spływie trzeba mieć dobry refleks i szybko reagować na otoczenie. Rzeka często skręcała tuż za firanką z liści i trzcin, więc trzeba było nagle skręcać, aby nie wbić się w brzeg… Chociaż można też było obijać się od jednej srony do drugiej jak ktoś wolał. 😉

Były trudniejsze odcinki niż ten u góry, ale walczyłam wtedy o życie i nie myślałam o robieniu zdjęć 😉 😀

Cały spływ to była niezła zabawa. Trochę to wszystko długo zajęło i nie obraziłabym się, gdyby zamknąć się w 2 godzinach zamiast niecałych 4. Tyłek strasznie bolał od siedzenia, bo nawet nie było gdzie się zatrzymać, żeby na chwilę wstać. Próbowałam zmieniać lekko pozycję, ale ruchy były bardzo ograniczone. Największe ryzyko wywrócenia kajaka i wpadnięcia do wody jest kiedy stoi się w kajaku, więc tego unikaliśmy. 😉

Jako że mam naprawdę słabe ręce to nie odbyło się bez bólu. Zwłaszcza, że na początku mięśnie mnie bolały, ale potem przestałam to czuć, więc pod koniec mocno wiosłowałam, żeby szybciej dopłynąć do mety (bo przecież nic nie boli, więc mogę dać z siebie wszystko xD). No i się nabawiłam… 😛

Prawdopodobnie dostałam bólów potreningowych, które były inne niż zakwasy. Bolało coraz mocniej, nawet jak się nie ruszałam, a tylko leżałam na łóżku. Zdałam sobie sprawę, że boli tak samo kiedy bolą mnie kolana. Co tylko potwierdza teorie, że to nie ze stawami mam problem. O_o

Na mecie było miejsce na ognisko, organizatorzy zapewnili kijki i drewno, w jedzenie zaopatrzyliśmy się sami. W spływie brały udział 22 osoby, więc trochę nas było. Jeśli ktoś chciał potem wracać od razu do domu to organizatorzy mogli przewieźć chętnych z powrotem do Oławy do samochodu albo na pociąg.

W ofercie mają także Bystrzycę, która jest ponoć bardziej zaawansowana niż spływ Oławą. Skoro ten nie był aż taki łatwy to nie wyobrażam sobie jak tamto wygląda. :O Może w przyszłym roku się skusimy. Do tego czasu popracuję nad bicepsami, żeby znowu ręce mi nie próbowały odpaść. 😛 😀

Nowe doświadczenia

Zawsze można znaleźć sporo nowych doświadczeń do wypróbowania, trzeba tylko być otwartym i kreatywnym. Albo zapytać wujka Google, on chętnie pomaga. 😉 Bo nawet jeśli ktoś nie lubi sportów ekstremalnych i nie chce skakać ze spadochronem czy jeździć na snowboardzie, to zostają przecież inne zajęcia jak kurs gotowania, karaoke czy strzelanie z łuku, które nie powodują mocnego wzrostu adrenaliny. Wystarczy się tylko rozejrzeć, bo możliwości jest naprawdę wiele.

Photo by Czaro (instagram.com/czesu)

Ostatnio zdałam sobie sprawę, że gdzieś po drodze zgubiła mi się energiczna i szalona dziewczyna, a zaczęła ustępować miejsce dojrzałej i ułożonej kobiecie. I o ile dojrzałość jest ważna, tak jednak nie chcę zatracić swojego szaleństwa, przywiązałam się do niego. 😉 Na szczęście dość szybko zdałam sobie z tego sprawę i znów czuję się sobą, odnalazłam też ponownie niezmierzoną i niespowodowaną niczym konkretnym radość i spokój.

Zamierzam też wrócić do tych rzeczy, które lubię robić (jak ścianka wspinaczkowa, którą mocno zaniedbuję) i próbować nowych, bo tyle jeszcze przede mną! 🙂 Marzy mi się w dalekiej przyszłości nurkowanie w jaskiniach, ale do tego jeszcze daleko! Najpierw trzeba nauczyć się nurkować z butlą. 😛

Nisia

Szukasz inspiracji na kolejną podróż? Chcesz poczytać o konkretnym miejscu? Zajrzyj tutaj.

Posty, które mogą Ciebie zainteresować:

2 myśli na temat “Próbowanie nowych rzeczy (Wrocław)

    1. No tak, przecież miałam o tym napisać!… Zapomniałam 😛 [spoko, i tak muszę się nauczyć cierpliwości :p poczekam :)]

Dodaj komentarz