Ludzie z całej Tajlandii zjeżdżają się tutaj, żeby zobaczyć to piękne jezioro. Ba! Zjeżdżają się pewnie z całego świata, bo jest to jedno z bardziej znanych miejsc w tym kraju. I widoki faktycznie są niesamowite, słoneczko świeci i jest mega fajny klimat! 😀
Jak to często z takimi wycieczkami bywa (i z miejscami, w których nie ma komunikacji miejskiej ;)), odebrali nas z okolic hotelu i zawieźli na przystań. Jak wychodziliśmy z naszego domku było dość pochmurnie i zastanawialiśmy się czy wziąć kapelusze. Zabraliśmy je na szczęście, bo później dość mocno się rozpogodziło.
Trochę spaceru i przydatnej wiedzy
Na przystani przewodnik wziął od wszystkich pieniądze lub bilety (jeśli ktoś już posiadał) i wsiedliśmy do zadaszonej łódki – zmieściło się na niej kilkanaście osób, siedzieliśmy trójkami w rzędzie, osoba w środku miała więc zawsze cień, ale z drugiej strony gorsze widoki. 😉 Z tego co mówił przewodnik, jezioro zostało sztucznie zbudowane – zrobili zbiornik na rzece i napełniali go bodajże 5 lat, na spokojnie, żeby zwierzęta naturalnie się stamtąd wyniosły.
Płynęliśmy ponad pół godziny, oglądając się na boki, nagrywając filmiki i robiąc zdjęcia. Trochę lepsze widoki na łódce były o lewej stronie, ale też było tam więcej słońca z rana. Najlepiej było siąść na samym przodzie łódki, ale z reguły jest walka o takie miejsce, więc trzeba mieć szczęście lub się wpychać. 😉 A my z reguły próbujemy być cywilizowani. xD

Jezioro otoczone jest górami – pasma gór i pagórków przeplatają się między sobą, tworząc wielowarstwowy krajobraz. Skały wyrastają też prosto z wody, przywodząc na myśl bardzo znane obrazki z Wietnamu. Pływanie łódką było więc przyjemnością, która mogłaby też potrwać dłużej – wcale bym się nie obraziła. 😉
Zrobiliśmy jednak krótki postój na zwiedzenie jaskini, w której widzieliśmy nietoperze i pająki. Zatrzymało się tutaj kilka łódek. Potem podpłynęliśmy jeszcze kawałek i poszliśmy się przejść po dżungli. Trwało to może z 20 minut, nie trzeba było mieć dobrych butów. W opisie wycieczki było to nazwane trekkingiem, ale w praktyce był to raczej spacer po nierównej powierzchni. 😉
Tutaj przewodnik mówił, żeby się popryskać sprayem na komary, ale nie po to, żeby odstraszyć te latające owady, ale raczej pijawki, które można spotkać w dżungli. Ponoć jest tylko 1% szans, że pijawka się znajdzie i akurat do nas przyczepi, ale nie napawało mnie to optymizmem i wolałam się zabezpieczyć. xD Nie podobała mi się nawet myśl o takiej sytuacji. 😛 Zawsze przecież ktoś musi być tym 1% osób, które to przeżyje i nie chciałam się wśród nich znaleźć. xD

W dżungli przewodnik sporo opowiadał jak przeżyć gdyby była taka potrzeba, z czego zrobić dom, z czego okna, jaki bambus ma wodę do picia i jak ją przetransportować. Bambus ma wiele zastosowań w dżungli – jako materiał do budowy, nóż do cięcia zwierzyny czy ryby, a także do rozpalania ognia i gotowania. Opowiadał też, że ludzie, którzy pracują w dżungli zabierają małych synów ze sobą do lasu, żeby się uczyli, jak przeżyć w tym miejscu, a jak skończą 15 lat to już puszczają ich samych.
Bardzo ciekawie opowiadał, dobrze się go słuchało, ale przyznaję, że po 2 latach niewiele pamiętam i gdybym zgubiła się w dżungli to spora szansa, że byłaby to ostatnia przygoda, którą bym przeżyła. xD

Lunch, kajaki i pływanie
Potem zatrzymaliśmy się na lunch w malutkiej 'wiosce’ na wodzie – nie jestem pewna, czy którekolwiek domki opierały się na palach wbitych w ziemię, racze wydawało się, że miejsce to unosiło się na specjalnej konstrukcji na wodzie. Była tam knajpa, recepcja, gdzie można było wypożyczyć wiosła do kajaka za darmo (potrzebne było 500 bahtów na depozyt) i kilka domków z bambusa, w których zapewne nocowali turyści.
Była opcja wykupienia tej wycieczki z noclegiem na jeziorze, ale my się nie zdecydowaliśmy, bo stwierdziliśmy, że nie będzie tam zbyt dużo atrakcji i nie wiemy, jak będzie nam się spało na wodzie. Poza tym niczego w tym miejscu nie było (nie licząc sporej ilości dużych ryb oraz ciszy i spokoju :P), nie żałowaliśmy więc swojej decyzji i zostaliśmy tutaj tylko na dzień.

Lunch był całkiem dobry (wliczony w cenę wycieczki) – była do wyboru grillowana ryba, kurczak w panierce, zielone curry, warzywa w jakimś dobrym sosie, omlet i ryż. Do tego herbata i kawa, jeśli ktoś miał ochotę – wszystko bez ograniczeń, bo donosili jak tylko się skończyło.
Razem z jedzeniem mieliśmy w tym miejscu 2h wolnego czasu. Po posiłku popływaliśmy więc w kajaku, który okazał się dużo mniej stabilny niż nasze polskie odpowiedniki. xD Czaro widział jak ktoś wypadł z kajaka i ten obrócił się do góry nogami. A ja zawsze myślałam, że nie jest to możliwe! xD Nam się to nie przytrafiło pomimo wykrzywiania się do zdjęć, szybkiego wiosłowania i pływania ze stopami poza kajakiem. 😀 Tak naprawdę też gdyby się to przytrafiło to nie byłoby katastrofy, bo słońce świeciło, a woda była przyjemna jak na tą temperaturę. 😉 Kajak więc się chybotał, a my się nie stresowalismy, śmiejąc się i bawiąc jak małe dzieci. 😛 Miejscówa była bardzo ładna, mamy więc sporo fotek na pamiątkę. ^^
I tutaj wreszice przydały się kapelusze! 😀
Potem był jeszcze czas na popływanie w – o kilka stopni chłodniejszej – orzeźwiającej wodzie. 😀 Mieliśmy wydzielone miejsce do pływania, ponieważ w jeziorze wciąż rosną drzewa i wypływając w ciemno można się na nie nadziać. Niestety trzeba było pływać w kapokach, ale przewodnik pokazał nam jak go założyć żeby nie podchodził aż do brody jak działo się, kiedy założyło się go normalnie jak na łódce. Mianowicie, wchodziło się do niego jak w ogromną pieluszkę i dzięki temu prawie siedziało się w wodzie. xD Ułatwiało to utrzymanie się na powierzchni, chociaż śmiesznie się pływało żabką, bo tyłek leciał mocno do góry. 😀 Jednak się nie poddawaliśmy, próbowaliśmy różnych styli, sprawdzając na co pozwoli nam ta wodna pielucha. 😉

I super fotka na zakończenie!
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w bardzo malowniczym miejscu przy skałach wynurzających się z wody na jakieś 10 minut tak, żeby każdy mógł siąść na przód łódki i zrobić sobie z nimi zdjęcie. Było to bardzo ładne miejsce i zadbali o to, żeby kolejka nikogo nie ominęła. 🙂
Podobała mi się ta wycieczka, widoki były niesamowite na każdym kroku i trochę czasu tam spędziliśmy. Osobiście nie żałuję, że tam nie nocowaliśmy, bo jedyne co by nam to dało to chillout w bardziej spartańskich warunkach, a wioska Khao Sok w zupełności mi wystarczyła. 😄
Nisia

Szukasz inspiracji na kolejną podróż? Chcesz poczytać o konkretnym miejscu? Zajrzyj tutaj.
Posty, które mogą Ciebie zainteresować: