Mniej uczęszczane szlaki w Szklarskiej Porębie

Szklarska Poręba ma dla mnie sentymentalne znaczenie i lubię tam wracać. 🙂 Z tego powodu byłam tam już kilka razy i zaczęłam nabierać wrażenia, że nic nowego już tam nie zobaczę.

Myliłam się jednak! Ostatnim razem zboczyliśmy ze standardowego szlaku i poszliśmy w trochę inne miejsca. 🙂

Szczyt z Korony Gór Polski

Najpierw wybraliśmy się na Wysoką Kopę – głównie dlatego, że w tym roku postanowiłam zacząć zdobywać Koronę Gór Polskich, a ta do nich należy. Po drodze był Wysoki Kamień (1058 m n.p.m), czyli całkiem fajny punkt widokowy. Zrobiliśmy sobie dłuższy spacer i wybraliśmy się na zdobycie tego szczytu z centrum miasta. Była jeszcze opcja, żeby podjechać bliżej pociągiem, ale to by oznaczało bardzo krótką wędrówkę i małe przewyższenia. A ja jednak lubię się trochę zmęczyć, jak idę w góry. 😉

Zrobiliśmy więc wtedy trasę 18km i ponad 600m w górę. Wróciliśmy pociągiem ze stacji Polana Jakuszycka, bo następnego dnia planowaliśmy zrobić jeszcze dłuższą trasę i chcieliśmy zachować trochę sił.

Przy punkcie widokowym

Trasa była dość prosta, więc każdy może się tam wybrać, powiedziałabym nawet, że w drodze powrotnej bywała nudna. 😉 Może właśnie dlatego odbywał się tam wtedy bieg górski – bo drogi często były tam dość płaskie. Chociaż bieganie po górach samo w sobie łatwe nie jest, nawet jeśli trasa idzie tylko lekko w górę. 😉

Z Wysokiego Kamienia mieliśmy ładne widoki na Śnieżne Kotły i okolice. Siedzieliśmy tam maksymalnie 10 minut, bo wiało strasznie, a miejsce było nieosłonięte. Pogoda nam za bardzo nie dopisywała – raz padało by po dwóch kwadransach przestać i ustąpić słońcu. Po jakimś czasie znów wracały chmury i padał deszcz. I tak w kółko. Przynajmniej za każdym razem udawało się wyschnąć po tym jak zmoknęliśmy. 😉

Szczyt Wysokiej Kopy został przeniesiony,  bo w oryginalnym miejscu zrobili ostoje dla ptaków i zakazali wejścia. Trzeba więc kierować się według punktu na mapie i trzymać szlaku. Z tego miejsca nie ma żadnych widoków, jest tylko satysfakcja kolejnego zdobytego wierzchołka. 😉

W okolicach Szrenicy i Śnieżnych Kotłów

Cała wędrówka była całkiem spoko, celem była Wysoka Kopa i rozruszanie się, przy okazji oglądając trochę widoczków. I udało się to osiągnąć. 🙂

Ciekawostka: wieczorem trafiliśmy do pizzerii, gdzie dostaliśmy pizzę i nożyczki. XD I stwierdzam, że jest to bardzo ciekawy pomysł na krojenie pizzy, a do tego mega wygodny! XD

Śnieżne Kotły 

Następnego dnia byliśmy umówieni na wędrówkę ze znajomymi, którzy mieli dojechać tego ranka. Nie mieli zbyt dużo czasu na miejscu, a my chcieliśmy raczej się zniszczyć niż pójść na mały spacer, więc postanowiliśmy wyjść z rana i spotkać się z nimi już na Szrenicy, żeby razem pochodzić w okolicy Śnieżnych Kotłów.

Kombinowaliśmy jak wymyśleć inna trasę na górze, ale z wyciągu jest nieduży wybór i każda opcja zajmuje kilka godzin, żeby ją przejść i dojść do jakiegoś ciekawego miejsca. Tym razem wybraliśmy więc standardową opcję i ruszyliśmy w drogę.

Wyobraźcie sobie nasze zdziwienie jak zobaczyliśmy wyremontowaną drogę najpierw do wodospadu Kamieńczyka, a potem już wyżej na Szrenicę. Wcześniej ten szlak był już łatwy, ale teraz to wyłożyli prawie cały betonem lub płaską drogą z kamieni. Potem będą się dziwić, że turyści chodzą po górach w szpilkach lub klapkach. 😉 I o ile w tych ostatnich ciężko tam wejść, bo pion jest duży, tak myślę, że takie remonty skłaniają właśnie do tego, żeby nie kupować dobrych butów, a wybrać się w góry w jakimkolwiek obuwiu, bo przecież dą radę.

Przy Śnieżnych Kotłach

Pamiętam jak w zimę spotkaliśmy tam jakiegoś kolesia z małym synem, którzy mieli problem zejść tą trasą, bo było ślisko, a oni nie mieli raczków. Dzieciak się wywrócił i zawodził, że nienawidzi gór. Po ich ubiorze i ekwipunku było widać, że nie często chodzą w góry i nie wiedzą co robią. Pomimo tego, że postawili w Szklarskiej liczne automaty z raczkami (pierwszy raz takie widziałam – co za genialny pomysł!) to zawsze znajdzie się ktoś, kto pójdzie w góry na rynpał. 😉

Droga w górę zajęła nam dużo szybciej niż zakładaliśmy – mapy turystyczne twierdzily, że potrzebujemy ze 3h, a w praktyce weszliśmy w połowę czasu i podziwialiśmy widoku ze schroniska na Szrenicy, czekając na znajomych i wcinając naleśniki.

Przy Śnieżnych Kotłach standardowo wiało okropnie. I pomimo zapowiadanych 17 stopni, brakowało mi czapki i rękawiczek – ręce zdążyły mi zmarznąć, a kaptur od kurtki nie wystarczył. Był koniec sierpnia, a pogoda już bardzo jesienna. Przynajmniej nie padało jak dzień wcześniej… Tak to z górami bywa – lubią zaskakiwać. 😉

Wodospad Łabski

Co do widoków to w tym miejscu nie można się zawieść – jest pięknie, zwłaszcza z budynkiem stacji przekaźnikowej w tle. Można go zobaczyć z wielu miejsc i mocno się wybija i nadaje charakteru krajobrazowi dzięki czerwonym dachom. Przy stacji sporo jest szlaków do połażenia i można eksplorować szlaki, które są zamknięte w zimę ze względu na zagrożenie lawiną. 

Trzeba tylko pamiętać, że wyciąg krzesełkowy zabiera pasażerów w dół tylko do godziny 16, czyli zamyka się dość wcześnie. A droga do miasta jest dość długa, jeśli ma się już za sobą trochę kilometrów. Te godziny otwarcia w trakcie sezonu (nawet w weekend) są bardzo dziwne, bo sporo osób się tam kręci jeszcze o tej porze.

Wodospady po stronie czeskiej

Ostatniego dnia planowaliśmy spędzić ze 4h na wędrówce, bo jeszcze musieliśmy wrócić do Wrocławia. Wjechaliśmy więc wyciągiem – nie była to ujma na honorze, bo przecież dzień wcześniej zdobyliśmy tą górę na własnych nogach. 😉

Wodospad Panczawski

Tym razem nie dotarliśmy do Śnieżnych Kotłów, chwilę wcześniej skręciliśmy na stronę czeską i skierowaliśmy się w stronę Łabskiej boudy. Są tam dwa wodospady: Wodospad Łaby i Panczawski – oba warte zobaczenia. Niestety Czesi zrobili platformy znajdujące się nad wodospadami, a nie pod (skąd imo byłby lepszy widok), ale zapewne ukształtowanie terenu nie pozwoliło im na nic innego. Nie ma co narzekać, widoczki były niczego sobie, a szum wodospadu dość głośny. 😀 

Łabska bouda zrobiła na nas dobre wrażenie – o ile na Google mapsach mają status hotelu górskiego, tak odniosłam wrażenie, że funkcjonują jako schronisko. Bo który hotel daje turystom, którzy nic nie kupują i nie śpią u nich, możliwość skorzystania z czajnika i mikrofalówki? Te urządzenia były postawione niedaleko wejścia, w widocznym miejscu. Zaskoczył mnie też szyld kierujący na „wellbeing” – czy to znaczy, że mieli tam spa? xD W takim schronisku z chęcią bym przenocowała! 😀 

Nisia

Nad Wodospadem Panczawskim

Szukasz inspiracji na kolejną podróż? Chcesz poczytać o konkretnym miejscu? Zajrzyj tutaj.

Posty, które mogą Ciebie zainteresować:

Dodaj komentarz