Spontanicznie postanowiliśmy w listopadzie zeszłego roku wybrać się do Bukaresztu w Rumunii – w poniedziałek stwierdziliśmy, że lecimy na długi weekend, zaczynający się już w piątek w tym samym tygodniu. Potrzebowaliśmy odpocząć, zmienić otoczenie i zobaczyć coś nowego. I tak trafiło na Rumunię, bo wiedzieliśmy że te 2-3 dni w zupełności wystarczą na zwiedzanie. 🙂
Nie ma to jak przygody
Wycieczka zaczęła się z przytupem, ale nie pozytywnym. Przez Booking.com wynajęliśmy małe mieszkanie na parterze w „posiadłości” rumuńskiej, która była blisko centrum i brzmiała zamożnie. 😉 Zdjęcia też pokazywały porządny standard. Na miejscu najpierw mieliśmy problem, żeby w ogóle dostać się do mieszkania: skrzynka nie chciała się otworzyć (okazało się, że trzeba po prostu mocno szarpnąć), nie mogliśmy zadzwonić do właściciela mieszkania, bo rumuńskie numery telefonów nam nie działały z jakiegoś powodu (ale udało się zadzwonić na Whatsappie), potem nie mogliśmy zamknąć za sobą mieszkania (trzeba było podnieść klamkę do góry, żeby zamek zadziałał), a na koniec okazało się, że mieszkanie nie tylko jest sutenerą, ale też o standardzie zdecydowanie niższym niż ten widoczny na zdjęciach. Jeżdżę po świecie od kilku dobrych lat, w wielu krajach byłam i pierwszy raz zdarzyło mi się coś takiego.
Żeby nie podejmować pochopnych decyzji i to jeszcze na głodniaka, poszliśmy coś zjeść. W trakcie obiadokolacji Czaro napisał do właściciela, że coś tu jest nie tak. Właściciel tłumaczył się, że ma różne mieszkania i nie wszystkie osobno wrzucone, a booking wybiera według tego jak ktoś zarezerwuje i że wszystkie zdjęcia są wrzucone. Co było nieprawdą, bo zdjęć tych gorszych sprzętów w mieszkaniu ewidentnie nie było, a koleś zdecydowanie coś kręcił. Twierdził też, że wszystkie mieszkania są już zajęte.
Czaro prowadził z nim rozmowę przez chwilę, ale ostatecznie stwierdziliśmy, że w sumie to mam się nie chce biegać do nowego miejsca, bo i tak nie było niczego w okolicy w rozsądnej cenie. Plan był więc taki, żeby całą tą sytuację przełknąć, odpuścić, a potem wystawić im słabą ocenę i napisać do supportu bookingu. Jak byśmy się dalej kłócili to istniało ryzyko, że to właściciel zrobi nam jakąś aferę i spróbuje usunąć z mieszkania. Czaro napisał więc właścicielowi wiadomość, że chyba nie ma sensu się kłócić, ale to nie jest „cool”.
Przypomniał mi się wtedy blog, którego czytałam przed wyjazdem, żeby nie wierzyć stereotypom o Rumunii, bo nie są prawdziwe. Mnie Rumunia kojarzy się z biednym krajem, gdzie będą próbowali ciebie ocyganić i zedrzeć jak najwięcej hajsu. I to się właśnie sprawdzało.

Podłoga się zgadzała, ale jakieś stare łóżko i odbarwiony stół już nie bardzo 😉
Pod koniec obiadu dostaliśmy wiadomość od właściciela, że ma dla nas rozwiązanie i że następnego dnia możemy się przenieść do innego pokoju. Super! A jednak dało się zrobić coś z tą sytuacją. 😉 Odetchnęliśmy więc z ulgą i nie myśleliśmy już o tym temacie.
Hajsy, hajsy, hajsy
Jednak była i druga sytuacja, która sprawiła, że miałam niesmak związany z robieniem mnie w balona pod kątem finansowym. Otóż wykupiliśmy wycieczkę po zamkach, bo stwierdziliśmy, że na zwiedzanie stolicy wystarczy nam jeden dzień. Wybraliśmy wycieczkę na GetYourGuide, która była najwyżej oceniana i jako jedna z niewielu uwzględniała zamek, w którym nagrywany był serial Wednesday – ta ostatnia atrakcja zastępowała zwiedzania pobliskiego miasta, które mnie nie interesowało. Jak wszyscy organizatorzy, pisali, że bilety wstępu do zamku nie są uwzględnione, ale nie było informacji, ile one kosztują.
Niedługo potem dostałam wiadomość od organizatora, że bilety do trzech zamków dla dorosłych kosztują 375 RON i żeby jak najszybciej dać znać, czy chcemy, żeby je za nas kupili. Jednak według moich obliczeń to powinno być jakieś 250 RON. Zapytałam więc o tą rozbieżność i nie dostałam odpowiedzi na moje pytanie – ani tego dnia ani następnego. Jako że czas wyjazdu szybko się zbliżał, a jechaliśmy na zamki w weekend to zaczęłam się obawiać, że w ogóle nie dostaniemy się na zamki z powodu tłumów i braku biletów na miejscu (ktoś w opinii pisał, że czekał godzinę w kolejce) to napisałam, żeby zarezerwowali nam te bilety. I zostało to niedługo potem zrobione, ale odpowiedzi na moje pytanie nigdy nie dostałam. Poczułam się więc znowu, że ktoś próbuje mnie tu oszukać. I ja rozumiem, że firmy pobierają prowizje – tu by była całkiem spora, no ale życie, mają do tego prawo. Ale niech przynajmniej mają jaja, żeby się do tego przyznać, a nie udawać, że płacisz tylko za bilety.

Najładniej oświetlonym budynkiem w Bukareszcie był bank 😉
Nie planowałam pisać tej notki o pieniądzach, ale jak już zaczęłam to jakoś tak wyszło, że w głowie pojawiały mi się kolejne przykłady słabych sytuacji związanych z finansami. Chyba byłam trochę zdziwiona ich nagromadzeniem i ten niesmak robił się coraz większy z dnia na dzień…
W Rumunii waluta to leje (odpowiednik naszego złotego), a do tego są bany (odpowiednik groszy). W sklepach ceny nie są zaokrąglone do leja, ale z reguły mają niepełne końcówki, na przykład 12,79 RON czy 24,37 RON. I jak płacisz kartą to płacisz dokładną kwotę z paragonu. Ale jak płacisz gotówką to kwota jest zaokrąglona, czyli w praktyce nie dostajesz reszty. Ponoć zdarza się też zaokrąglać cenę w dół, ale na 3 razy, kiedy płaciliśmy gotówką, nie zdarzyło nam się to ani razu.
Raz zaokrąglili do 80 banów i przynajmniej dostałam 20 banów z powrotem. 😉 Z czego się cieszyłam, bo zbieram monety na pamiątkę. I o ile są to drobniaki to jeśli dużo ludzi płaci gotówką to supermarkety moga się na tym trochę wzbogacić, bo duże znaczenie ma tu kwestia skali. Poza tym, skoro jest zaokrąglenie to czemu nie zmienić cen, żeby odzwierciedlały to, ile faktycznie się płaci… Tak, wiem, to dotyczy tylko gotówki, a większość ludzi płaci kartą w dzisiejszych czasach. Ale na turystach pewnie zyskują, bo ci potrzebują gotówki do takich atrakcji jak zamki w ramach wycieczki opłaconej z wyprzedzeniem.
Spodziewałam się, że w Rumunii nie będzie drogo, w końcu to dość biedny kraj, a w takich wszystko z reguły jest taniej. Nie tutaj…
W knajpach dania główne kosztowaly 40-50zl, czyli mniej więcej tyle, co w centrum Wrocławia. Znalazłam jedną knajpkę niedaleko wynajmowanego mieszkania, w której ceny były niższe, a jedzenie ponoć dobre (miała dobre opinie na Google), ale jak tylko weszliśmy to ktoś właśnie palił papierosy w środku i od razu odechciało mi się jeść, więc stamtąd wyszłam. Kawka też była w cenach jak w dużych polskich miastach (jakieś 16zł), chociaż była i całkiem mała kawiarnia lokalna, gdzie kawa kosztowała połowę tego, a mieli tam też takie rarytasy, jak na przykład mleko owsiane. Można więc było znaleźć tańsze miejsca jak miało się szczęście i wystarczająco dużo cierpliwości.
Jeden blog, którego czytałam przed wyjazdem, polecał ponoć znaną knajpę w stolicy, więc się do niej udaliśmy ostatniego dnia. Ale ceny mnie przeraziły – rumuńskie gołąbki kosztowały tam 160 RON (!), czyli jakieś 120 PLN… O_o W drogich miejscach jak Amsterdam takie ceny faktycznie są, ale na pewno nie spodziewałam się tego w Rumunii. Bo to przecież biedny kraj, prawda…?

Niespodzianki z zamkami
Po wykupieniu wycieczki, o której wcześniej wspominałam, okazało się, że zamek Peles (najładniejszy z całej trójki) jest zamknięty cały miesiąc z powodu remontu. Oczywiście nie napisali tego wcześniej, żeby nie zniechęcać do zakupu. No, ale dobra, i tak nie mieliśmy nic innego do roboty, a pisali że zamiast tego zobaczymy inny „Castelul” (brzmiało jak zamek).
Pojechaliśmy wiec na tą wycieczkę, ale niestety okazało się, że to nowe miejsce – Pelisor – jest tylko niewielką posiadłością (niewielką w porównaniu do zamków, które są raczej potężne). No i właściwie przebiegliśmy przez ten budynek, nie było to więc nazbyt satysfakcjonujące.
I tak naprawdę drugi „zamek” też wcale nie był zamkiem. Dopiero Bram miał prawidłową nazwę i pod tym kątem pozytywnie zaskoczył (bo spodziewałam się już, że dołączy do grona poprzednich „oszustów” 😉 ). Co ciekawe, przewodniczka powiedziała nam, że to tak naprawdę nie jest zamek, bo pełnił kiedyś funkcje obronne (wait, what…? O_o to jest właśnie definicja zamku…).
Zamek Bram, który nazywany jest też zamkiem Draculi, wiązało się jednak kolejne rozczarowanie. Jednym z moich celów było zobaczenie tego miejsca, a okazało się, że on tak naprawdę nie ma nic wspólnego z Draculą ani nawet z Vladem Peleszem, na którym postać Draculi ponoć była wzorowana. Ani nie kręcili tu filmu, ani Bram Stoker (autor książki) nigdy w tym miejscu nie był – Vlad również. Przewodniczka mówiła, że Bram „pisał o zamku taki jak ten”. Czyli w pewnym momencie właściciel zamku stwierdził, że zareklamuje go jako zamek Draculi i będzie to ciągnąć dopóki turyści będą przyjeżdżać. A przyjeżdżają, czasem specjalnie tylko po to, jak ja…
Czy przemawia przeze mnie defetyzm? Być może… Nie lubię być oszukiwana, nie lubię jak ktoś mnie naciąga. I pewnie nie jestem w tym jedyna.
I pewnie już wpadam w paranoję, 😉 ale zaczęłam się potem zastanawiać czy na pewno kręcili Wednesday w zamku Cantacuzino tak jak twierdzili w Rumunii. Bo jeśli tak, to czemu było tam tak dużo wydrukowanych planszy z postaciami, które były mega rozpikselowane jakby wydrukowali zdjęcia z internetu? Czy gdyby kręcili tam film to nie mieliby plansz w lepszej jakości…?
Nisia

Przy zamku Peles
Szukasz inspiracji na kolejną podróż? Chcesz poczytać o konkretnym miejscu? Zajrzyj tutaj.
Posty, które mogą Ciebie zainteresować: