(Prawie) Perfekcyjny wyjazd do Tajlandii

Jak człowiek przestaje wychodzić ze strefy komfortu i się rozleniwia zapomina jakie łatwe jest wyjście poza tą strefę. Ostatnio często jeździliśmy na all inclusive, zorganizowane wycieczki albo kupowaliśmy jednodniowe wycieczki na miejscu, więc mieliśmy jedną bazę wypadową. Albo po prostu wyjazdy były do Europy co zawsze wydaje mi się łatwiejsze. Miałam więc obawy przed zorganizowaniem całego wyjazdu na własną rękę i przenoszeniem się z miejsca na miejsce w Tajlandii, bo to przecież taki niecywilizowany kraj, ludzie na skuterach kradną tu torebki, human traffic jest na rzeczy i w ogóle nie wiadomo jak jest strasznie… 😉

Nic bardziej mylnego – takich wieżowców co w Bangkoku Polska nigdy nie będzie miała. Polacy też często są mniej uprzejmi i mniej wyluzowani niż Tajowie. W Tajlandii bywało bardziej czysto pomimo braku takiej ilości śmietników jak u nas. I pomimo tego, że na ulicach jest chaos – każdy wymija każdego z obu stron, nie ma świateł dla pieszych w wielu miejscach i trzeba mieć oczy dookoła głowy – dość szybko udało mi się odnaleźć w tym wszystkim. I okazało się (po raz kolejny zresztą!), że zorganizowanie własnej wycieczki to był strzał w dziesiątkę!

Tajlandia bardzo mi się spodobała od samego początku. I uzmysłowiła jak bardzo tęskniłam za wycieczkami do Azji. Powróciła chęć do corocznego wyjazdu gdzieś na Wschód. ^^ Gdzieś po drodze spotkaliśmy też parę Anglików, którzy wybrali się w roczną podróż i improwizowali z dalszymi wyjazdami (w Anglii jest to dość popularne) i wzbudziło to mój apetyt na podróżowanie. Mialam lekki ból dupy, bo też chciałam kiedyś pojechać w taką podróż, ale zawsze wydawało mi się to ciężkie do zorganizowania – bo co z wszystkimi rzeczami, które mamy? Co z czynszem? Co z pracą? Czy nie będę zmęczona, będąc ciągle w drodze i nie zatęsknię za domem po 2 miesiącach? Czy nie zabraknie hajsu?…

Ale może kiedyś się przekonam i jeszcze się to uda. 🙂

Plaża Ao Nang, Krabi

Plan jaki ułożyliśmy na Tajlandię zakładał przeloty co 2-4 dni, więc nigdzie nie zagrzaliśmy miejsca na dłużej. Widzieliśmy 3 miasta i jedną wioskę w dżungli (która swoją drogą była bardziej cywilizowana niż się spodziewałam). Sporo było do zobaczenia i po kilku dniach potrzebowaliśmy zrobić sobie luźniejszy dzień, żeby trochę odpocząć od łażenia. Odpoczynek mieliśmy zaplanowany dopiero na Krabi, po tygodniu zwiedzania, ale nie dotrwaliśmy do tego czasu. 😆 Jednak zwiedzanie w ponad 30 stopniach jest męczące (zwłaszcza jak przylatuje się z mroźnej zimowej Polski i chwilę zajmuje człowiekowi, żeby choć trochę przyzwyczaić się do upałów), trzeba więc pamiętać o jakimś relaksie w trakcie. 😉

Bangkok był zupełnie inny niż oczekiwałam – na plus! Przed wyjazdem czytałam, że Tajlandia jest bezpieczna, ale jakoś nie zgadzało mi się to z moim – jakże błędnym – wyobrażeniem. Podobnie chyba miałam w Meksyku, o którym naoglądałam się wiele filmów o mafii i potem spodziewałam się nie wiadomo czego na miejscu. xD I fakt, że tam spotkało mnie kilka dziwnych sytuacji, ale zdecydowanie nie było żadnych strzelanin i nie wiadomo czego. W Tajlandii za to ogólnie czułam się bezpiecznie. Raz obawiałam się wejść w jedną ciemną ulicę, szukając knajpy, którą znaleźliśmy na mapach Google, ale nie było tam nic co sugerowałoby, że ktoś może nas okraść czy pozbawić życia. 😉 To była tylko moja wyobraźnia, bo wchodziliśmy do ciemnej uliczki w obcym mieście i jakiś koleś szedł przed nami. I było to dopiero drugiego dnia po przylocie, więc nie zdążyłam się jeszcze uspokoić. 😉 😀 Nic się nie stało i jak w połowie ulica zaczęła tętnić życiem zrugałam się w myślach za przesadną paranoję. xD

Co do ostrości jedzenia mam mieszane uczucia. Z jednej strony jak coś uchodziło za ostre nie sprawiło nigdy, żeby Czaro płakał i smarkał jak opętany (on akurat lubi ostre jedzenie w przeciwieństwie do mnie :P). Najostrzejsze było w hinduskiej knajpie w Ao Nang. Tajlandzkie jedzenie było mniej ostre. Za to zdarzyło mi się może ze 3 razy (głównie w Khao Sok I Ao Nang), że prosiłam o nieostre jedzenie, a mimo tego czułam pieczenie na języku (raz całkiem spore). Nigdy jednak nie zdarzyło mi się, że nie byłam w stanie w ogóle czegoś zjeść.

W menu ostre rzeczy często były oznaczone lub kelner pytał czy chcemy ostre, z reguły dało się więc uniknąć nieporozumień. Warto też było mieć pod ręką świeżego kokoska, bo woda kokosowa bardzo dobrze zmniejszała uczucie ostrości – lepiej niż piwo czy woda. Kiedyś próbowałam kokosa i totalnie nie zrobiło to na mnie wrażenia, tym razem jednak bardzo posmakował i często piliśmy wodę z kokosa lub smoothie, które były doskonale odświeżające w tym upale.

Nocny market w Bangkoku

Praktycznie wszędzie w miastach były duże świątynie, prawie tak często jak Żabki w dużych miastach w Polsce. 😉 I to nie były byle jakie świątynie – z reguły był to kompleks składający się z kilku budynków, w tym stożka – często złotego. Można je było spotkać nawet w losowej uliczce, błądząc po mieście. Po jakimś czasie te zwyczajne świątynie zaczęły wyglądać tak samo i w Chiang Mai zaczęło mi się mylić, czy w jakiejś konkretnej już byłam. xD

Najbardziej podobała mi się jednak Biała świątynia w Chiang Rai, która miała bardzo dużo rzeźbień i szczegółów. Zaczęto ją budować w 1997 roku, jest więc bardzo nowoczesna. Widać to nawet na jednej ścianie, gdzie artysta wrzucił akcenty z pop kultury – z klimatycznych i kolorowych malowideł wyłaniał się na przykład Neo z Matrixa, Pikachu czy Spiderman. 😄

Biała świątynia w Chiang Rai

Khao Sok było totalna odmianą – była to wioska w dżungli w parku narodowym, gdzie chodziło głównie o doświadczenie bliskości natury i dziczy. Mniej lub bardziej, bo można było spać w spartańskich warunkach za grosze z toaletą i prysznicem bez dachu albo w bardziej luksusowych warunkach w małych ładnych chatkach z restauracją z pięknymi widokami na góry. Pośrednie opcje też się znalazły i właśnie w takim miejscu ostatecznie wylądowaliśmy. Miejsce robi niesamowite wrażenie – jest pięknie, cicho, spokojnie i dziko. 🙂 Mieliśmy do wyboru różne aktywności w kilku kombinacjach: trekking po dżungli, night safari, rafting, gotowanie na bambusie, spływ rzeką na dmuchanym kole, opieka nad słoniami czy najbardziej znana – wycieczka nad jezioro. Dużo ludzi przyjeżdżało tu tylko na chwilę podczas gdy było to świetne miejsce na chill i ucieczkę od tłumów.

Na południu niestety niewiele udało się nam zobaczyć, bo rozłożyło mnie zatrucie pokarmowe, więc przez 2 dni byłam niezbyt zdolna do życia. Pierwszy raz skorzystałam więc za granicą z ubezpieczenia i wybrałam się do lekarza, gdzie dostałam kroplówkę, zostałam nafaszerowana lekami i jeszcze dorzucili mi antybiotyk i elektrolity na drogę. ^^’ Na szczęście udało się chociaż zobaczyć plażę Railay i Phra Nang. Warto było się tam wybrać, bo miejsce było bardzo blisko, a widoki przednie. Na południu sporo jest opcji jednodniowych wycieczek, które mogą Cię zabrać na pobliskie wyspy – najwięcej wysepek można obskoczyć zaczynając o 6:30 i zahaczając o 7 miejsc, w tym słynną zatokę Maya.

Takiego wyjazdu mi brakowało przez ostatnie kilka lat. Pierwszy tydzień był naprawdę zajebisty, potem problemy zdrowotne i chwilowe odrzucenie do tajskiego jedzenia rzuciło lekki cień na moje odczucia do tego kraju. Ale mimo wszystko Tajlandia zostawia po sobie miłe wspomnienia i odczucia, poza tym obudziła mój apetyt na więcej i mam ochotę jeszcze tu wrócić. To świetne miejsce na zwiedzanie, ale też na chill i przejście w stan ogólnego relaksu i braku spinu. ^^

Nisia

Szukasz inspiracji na kolejną podróż? Chcesz poczytać o konkretnym miejscu? Zajrzyj tutaj.

Posty, które mogą Ciebie zainteresować:

Dodaj komentarz