Zwiedzanie Bukaresztu (Rumunia)

Może źle trafiłam, ale życie utwardziło mnie w przekonaniu, że jadąc do Rumunii, trzeba zabrać ze sobą całą masę cierpliwości, dystansu i niedużych oczekiwań. 😉 Miał to być szybki wypad za granicę i tym właśnie był – city breakiem w nowym kraju i nowej stolicy, bez cudownych wrażeń, z kontrolowaną dozą radości. Sofia była strzałem w dziesiątkę pod kątem krótkiego wyjazdu i tutaj liczyłam na to samo.

Jak dostać się do Parlamentu?

Główną atrakcją miasta jest ogromny Parlament, który jest drugim największym budynkiem na świecie po Pentagonie. I faktycznie robi wrażenie, a my mijaliśmy go dość często – czasem specjalnie skręcając w ulicę dalej, a czasem była to po prostu najkrótsza droga do celu, bo zarówno nasz hotel jak i ten budynek znajdowały się w centrum miasta.

Oczywiście nie mogło się obyć bez problemów z kupnem biletów, bo byłoby za łatwo. 😉 Strona oficjalna Parlamentu nie działa – nie da się na nią wejść, po prostu się nie ładuje. Jest podany numer telefonu i chodzą słuchy, że trzeba na niego zadzwonić, żeby kupić bilety. Próbowaliśmy kilka razy, będąc w Rumunii, ale albo w ogóle nie było sygnału albo ktoś od razu rozłączał jak tylko sygnał się pojawiał.

Postanowiliśmy przejść się wokół Parlamentu i zobaczyć, czy napewno nie da się kupić biletu w kasie – kasa była zaznaczona na mapie. Niestety, w tym miejscu ochroniarz nam powiedział, że bilety trzeba kupić online. To nam się niestety nie udało (szukaliśmy na stronach nieoficjalnych), ponieważ nie było już miejsc na dany dzień, a następnego wsiadaliśmy w samolot po 14 i byłoby zbyt mało czasu na zwiedzanie, więc woleliśmy nie ryzykować. Szukaliśmy więc dalej.

W jednej z sal w Parlamencie

Na GetYourGuide znalazłam jedną wycieczkę, gdzie było zaznaczone miejsce zbiórki i ktoś wspominał w komentarzu, że jest to biuro firmy organizującej to zwiedzanie. Próbowałam znaleźć tą firmę na mapie, ale mi się to nie udało. Nie poddawaliśmy się jednak i postanowiliśmy się tam przejść po tym, jak nie udało się znaleźć kasy biletowej w budynku Parlamentu. Co innego nam zostawało..? Miasto i tak nie oferowało aż tyle atrakcji, żeby miało nam nie starczyć czasu.

Znaleźliśmy to biuro, ale musieliśmy poczekać na przyjście przewodniczki, bo okazało się, że jest zamknięte – na szczęście współpracowali ze sklepem z pamiątkami znajdującym się tuż obok i sprzedawczyni poinformowała nas, że przewodniczka niedługo się pojawi. I tak też było. Udało się kupić bilety już bez niespodzianek i przygód – chociaż po dość wysokiej cenie. 😉 Ale i tak doczepiła nas do dość sporej grupy, więc pozostawało nam tylko się cieszyć, że w ogóle uda się to miejsce zobaczyć od środka. Zwiedzanie odbywało się za godzinę, zbiórka była za 30minut, siedliśmy więc w pobliskiej kawiarni, żeby coś zjeść i przeczekać.

W drodze do Parlamentu przewodniczka poinformowała nas, że są 2 oficjalne wejścia do Parlamentu otwarte dla publiki i je rotują w zależności od dnia (i chyba też od ich widzimisię 😉 ). Po wejściu przez bramę zauważyliśmy mały znak z napisem „Visitors”- nic dziwnego, że nie widzieliśmy go z zewnątrz, bo był trochę ukryty. I nie uwierzylibyście co znaleźliśmy w środku – otwartą kasę biletową! Normalnie miałam wrażenie, że to wszystko jest tak pochowane, żeby dać lokalnym firmom zarobić. Kto wie…

Jeden z marmurowych korytarzy w Parlamencie

Szlachta się bawi

Na początku trzeba było przejść kontrolę bezpieczeństwa, która była nawet bardziej rygorystyczna niż na lotnisku – nie można było wnosić żadnych płynów (nawet perfum czy żelu antybakteryjnego do rąk) ani plecaków. Broni oczywiście też nie. 😉 Na szczęście wiedzieliśmy o tym z wyprzedzeniem, zostawiliśmy więc wszystko w biurze organizującym wycieczkę. Poza nami było tylko kilka osób, nie trwało to więc zbyt długo.

Budynek w wewnątrz też robił niesamowite wrażenie – wszędzie marmury i to w 5 kolorach! Do tego ogromne żyrandole z kryształów – największy ważył 5 ton i posiadał mały pokoik tuż nad potrzebny do jego konserwacji. Pomieszczenia były ogromne – to samo tyczyło się dywanów i zasłon. Największy dywan szyty był na miejscu z większych części i potrzebował 25 osób do jego rozwijania i składania.

W Parlamencie

Przewodniczka opowiadała bardzo ciekawie, wspominając, że budowa zaczęła się w latach 80-tych i że musieli zburzyć znajdującą się tam dzielnicę i przesiedlić 40 tys osób. Parlament powstał na zlecenie dyktatora Nicolae Ceaușescu, który umarł zanim prace się skończyły. Budynek został skończony dopiero w 1997 roku i nigdy nie był w pełni używany do celów, do których go zaprojektowano. Usłyszeliśmy też kilka ciekawostek, na przykład, że schody przy głównym wejściu miały być idealne, żeby dyktator i jego żona mogli schodzić po obu stronach i stamtąd witać gości (i robić wspaniałe wrażenie!). Jednak oryginalnie okazały się one za wysokie, zburzono je więc i wybudowano jeszcze raz. A tym razem okazały się za niskie, prace więc ponowiono. I tak kilka razy, żeby znaleźć wysokość idealną. Jak widać, pieniędzy nie szczędzono. 🙂

W budynku znajduje się ponad 400 pomieszczeń – my zwiedziliśmy maks 10, do tego kilka korytarzy. Jest tu podział na sejm i senat, a my byliśmy tylko w jednym z nich – szczerze mówiąc, nie pamiętam w którym. 😛 Większość materiałów użytych do budowy Parlamentu pochodziła z Rumunii, tylko jakieś 5% sprowadzono zza granicy. Marmur jest ciężki, a budynek jest w większości właśnie z niego zbudowany. Co za tym więc idzie – jest najcięższym budynkiem na świecie. Najwidoczniej w Pentagonie nie był to główny budulec. 😉

Sala konferencyjna w Parlamencie

Zdecydowanie polecam zwiedzanie Parlamentu jak jest się w Bukareszcie, ale pewnie lepiej jest wykupić wycieczkę online z wyprzedzeniem. Zdarzają się też oferty na 6-godzinne wycieczki, które obejmują także Pałac Kretdulezcu oraz muzeum wsi. I można by pomyśleć, że to jest dobry deal, ale wspomniany Pałac jest zamknięty i się rozpada. Pewnie więc nie wchodzi się do środka, a co najwyżej za płot. Resztę czasu spędza się więc pewnie w busie lub w muzeum. Korki w mieście są niesamowite, nie zdziwiłabym się więc gdyby przejazdy faktycznie długo trwały. Cieszyłam się, że nie przyszło nam do głowy wykupić takiej wycieczki, bo pewnie byłoby to niezłe rozczarowanie (niestety nie pierwsze).

Zaniedbane budynki

W Bukareszcie sporo jest ładnych budowli zaskakują w centrum i na głównych ulicach, nawet jeśli na mapie nie ma niczego konkretnego zaznaczonego. Sporo jest też ładnych willi wyrastających jedna przy drugiej.

Ale ogólnie miasto sprawiało wrażenie zapyziałego i zaniedbanego. Zdecydowanie miało niewykorzystany potencjał. Od czasu do czasu spotykało się obiekty, które kiedyś musiały być naprawdę ładne, ale stały teraz niszczejące i zapomniane. Do tego można było trafić na slamsy zabite dechami ukryte w centrum lub tuż obok. Opuszczonych budynków zdecydowanie tu nie brakowało.

Z reguły budynki państwowe były bardzo mało oświetlone, zwiedzanie wieczorem nie dawało więc takiej satysfakcji jak w innych miejscach. A byliśmy tam w listopadzie, słońce więc zachodziło bardzo szybko. Najładniej oświetlony był jakiś bank. xD On naprawdę się wyróżniał i wzbudzał podziw przechodniów. 😀

Pogoda nam nie dopisała, bo przez większość czasu w stolicy była mgła, trochę popadało. To też mogło się przyczynić do ogólnego nastroju i odbioru tego miasta.

Dalej w Parlamencie 😉

Komunikacja miejska

Bilety na autobusy można kupić w automatach, których jest dość sporo, ale nam akurat nie udało się na taki trafić na przystankach, na których wsiadaliśmy (czyli na 2). Zarówno w internecie jak i na przystankach było info, że można kupić bilet wysyłając smsa na konkretny numer. Uważam to za świetny pomysł! Ale niestety nam się nie udało… xD Wysyłaliśmy pod dany numer i dostawaliśmy info, że sms nie został wysłany. Pewnie dlatego, że mieliśmy polski numer i sieć próbowała wysłać wiadomość na polski numer.

W niektórych autobusach były automaty i można było kupić bilet, płacąc kartą. Mieliśmy szczęście i w pierwszym autobusie nabyliśmy bilet, który ważny był przez 90 minut. Był więc ważny i na kolejny przejazd, po przesiadce.

Na końcu jeszcze dotarliśmy na lotnisko Baneasa, na którym dosłownie nic nie było! Sam budynek prezentował się bardzo dobrze – główna sala posiadała ogromną kopułę. Ale po wejściu za kontrolę bezpieczeństwa, znajdował się tylko jeden mały bar i może z 50 krzeseł. Poczekalnia była bardzo mała i zdecydowanie nie starczyło krzeseł nawet dla osób z jednego samolotu. Na szczęście było to widać po tym jak przylecieliśmy do Rumunii, nie przyjechaliśmy więc na lotnisko ze zbyt dużym wyprzedzeniem, żeby się tam nie zanudzić. I to się udało. 😉

zdjęcia by Czaro (instagram.com/czesu), mini postprodukcja by Nisia

Nisia

Szukasz inspiracji na kolejną podróż? Chcesz poczytać o konkretnym miejscu? Zajrzyj tutaj.

Posty, które mogą Ciebie zainteresować:

Dodaj komentarz