Zamki w Transylwanii (Rumunia)

Czaro i Nisia stojący przed zamkiem Wednesday z górami w tle

Żeby urozmaicić sobie zwiedzanie Bukaresztu i zobaczyć wymarzony zamek Draculi, wykupiliśmy wycieczkę w góry, żeby zwiedzić trzy zamki położone w Karpatach, w Transylwanii. Góry są całkiem wysokie, najwyższy szczyt jest nieco wyższy od Rysów i mierzy 2544m. Cała wycieczka trwała koło 12h, jakieś 6h spędziliśmy w autokarze, ale przynajmniej mieliśmy ładne widoki przez część tego czasu. 😉

Kupno biletów

Standardowo wycieczkę kupiłam online na GetYourGuide. Była ona jedną z niewielu, gdzie można było zobaczyć zamek z serialu Wednesday, dlatego zdecydowałam się akurat na tą. Reszta wliczała tylko wizytę w dwóch zamkach (Peleș i Bran) i do tego miasto Braszów, które nie wydało mi się jakoś szczególnie interesujące. W planie naszej wycieczki było zwiedzanie 3 miejsc: Peleș, Cantacuzino i Bran.

[Chyba zdjęli tą wycieczkę z oferty, bo link, który sobie zapisałam, już nie działa.]

Następnego dnia po kupnie wycieczki dostałam informację na whatsupie, że Peleș jest zamknięty i zamiast niego zobaczymy inny (Pelișor). Było też info o cenie biletów (cały pakiet, bez rozbicia na konkretne zamki) i prośba, żeby pilnie dać znać jeśli chcemym żeby je za nas kupili. To było 3 dni przed wycieczką, bo cały wyjazd organizowaliśmy dość spontanicznie, na ostatnią chwilę (zdarza się to tak często, że nikogo w moim otoczeniu to już chyba nie dziwi 😛 mnie również :P). Zapytałam więc jakie bilety są wliczone, bo coś suma mi się nie zgadza i przez 2 dni nie dostałam żadnej odpowiedzi, tylko wiadomość, że odpowie mi później. 

Jako, że czas naglił – byliśmy już w drodze do Rumunii, a wycieczka miała się odbyć następnego dnia – to poprosiłam, żeby po prostu kupili nam te bilety. I nigdy tak naprawdę nie dowiedziałam się, z czego składa się ta kwota, bo ewidentnie brali prowizję i to dość sporą (prawdopodobnie ponad 1/4 ceny). Dzień przed wyjazdem dostalam info, że bilety są kupione, a kilka godzin później potwierdzenie punktów odbioru, które były podane w wiadomości wyżej. Było to napisane w taki niejasny sposób, że miałam wątpliwości, czy faktycznie zatrzymają się na obu. Zadałam więc pytanie, ale nie dostałam odpowiedzi. Do tej pory komunikacja była słaba, co powodowało trochę stresu.

Zamek Peleș

Wieczorem zagadała do mnie Iona, przewodniczka i ona już komunikowała się normalnie i odpowiadała na pytania. Faktycznie były dwa punkty odbioru, więc chciała wiedzieć, na którym ma się nas spodziewać.

Pelișor zamiast zamku Peleș

Peleș był zamknięty, bo w listopadzie 2025 mieli remont trwający cały miesiąc. Dostaliśmy to info dopiero po tym jak kupiliśmy wycieczkę. Peleș wygląda jak mały zameczek, zamiast tego widzieliśmy Pelișor, który ciężko jest nazwać chociażby pałacykiem. Była to posiadłość króla, w której mieszkał z rodziną. Wewnątrz znajdowała się złota komnata, która robiła wrażenie, niektóre komnaty były ładne, inne dość proste jak na dom króla. 😉 Ale może powodem była rola tych pomieszczeń, bo na przykład jednym był skromny pokój zabaw, więc może nie chcieli, żeby dzieciaki zniszczyły coś cenego. A może po prostu król Rumunii żył jak normalni ludzie. 😉

W tym miejscu zatrzymaliśmy się koło 11:20 na półtorej godziny, z 10 min piechotą od zamku. Zwiedzanie posiadłości zajęło z 20-30 min, trochę przebiegaliśmy przez te pomieszczenia, więc nie dało się im na porządnie przyjrzeć. Zwłaszcza, że nie można było wejść do środka pokoi, staliśmy z reguły w korytarzu i zaglądaliśmy przez otwarte drzwi ponad barierką. Przez to maksymalnie 2 osoby mogły patrzeć do środka i co chwilę się zmieniały. Mieliśmy cały wypchany autokar, więc chwilę zajęło zanim wszyscy obejrzeli każdy dostępny pokój. Nie zawsze dało się usłyszeć co mówiła przewodnik, bo biegła do kolejnego miejsca i od razu zaczynała mówić. Jak ktoś więc został z tyłu (czyli połowa osób) to usłyszał tylko część. Organizacja nie była więc godna podziwu. 😉

Pelișor „Castle”

Potem był czas wolny, ale byliśmy już poza posiadłością i nie można było do niej wrócić.

Plus był taki, że przynajmniej można było podejść do zamku Peleș, pooglądać go z zewnątrz i porobić zdjęcia. Prezentował się dobrze i był ładny. Chwilę się tam pokręciliśmy, próbując znaleźć najlepszy kadr, a możliwości były ograniczone, bo sporo ludzi stało wokół i gadało, nawet jeśli nie byli zainteresowani widokami. Do tego w okolicy rosły wysokie drzewa, więc ciężko było złapać zamek w całej okazałości.

W tym miejscu znajdowała się niedużo kawiarnia, do której zlatywało się sporo osób. Nie próbowaliśmy więc nawet niczego kupować. 🙂

Wednesday castle 

Potem pojechaliśmy do zamku, w którym kręcili Wednesday (Cantacuzino). Służył on za Akademię Nevermore i przewodniczka wspominała, że sporo zmienili w SGI, żeby dopasować go na potrzeby filmu. I faktycznie, zapamiętałam szkołę z serialu jako większy budynek niż ten w rzeczywistości, z dużo większą przestrzenią.

Zatrzymaliśmy się tutaj koło 13:35 na 40 min. Była tu chyba jedna kawiarnia, ale nie było kiedy do niej zajść, jeśli chciało się poeksplorować.

Dziedziniec Cantacuzino

To miejsce też w praktyce nie było zamkiem, bardziej dużą posiadłością, chociaż większą niż ta poprzednia. Tutaj wszędzie stały plansze ze zdjęciami z serialu, niektóre bardzo rozpikselowane lub z jakimś dziwnym filtrem, który sprawiał, że wyglądało na takie. Budynek był ładny i klimatyczny. Można było wejść na wieżę obok „zamku” i zrobić zdjęcie budowli na tle gór – to był chyba najładniejszy widok w okolicy i najładniejszy na całej wycieczce (podobny do tego co widać na głównym zdjęciu). Po lewej stronie piętrzyły się Karpaty w jesiennej osłonie – tutaj w większości drzewa zmieniły kolor na ciemnoczerwony, a niektóre wierzchołki były nieosłonięte i nosiły ślady zimy.

Poszliśmy też do tak zwanego secret roomu, który odzwierciedlał pokój Wednesday, ale był zdecydowanie mniejszy. 😉 I nie miał takiego okna z witrażem jak w filmie, a coś co próbowało je udawać i słabo to szło. 😛 Nie byłam pod zbyt dużym wrażeniem. Tutaj można było zrobić sobie zdjęcie na tle tego witrażu (wliczone w cenę). Nie było więcej zwiedzania w środku posiadłości – tylko to jedno miejsce. Zajęło nam to z 15 min, potem mieliśmy czas wolny. 

Oczywiście zawsze ktoś się musi spóźnić na takich wycieczkach – tutaj też tak było i mało co nie odjechaliśmy bez nich. xD Zwłaszcza że przewodniczka najpierw zignorowała (nie usłyszała?) wołanie, że kogoś brakuje. Dopiero po chwili jak już ruszyliśmy i zapytała jak się mamy, a ja jej powiedziałam, że nie jesteśmy w komplecie, to tym razem posłuchała. Może spóźnialscy nauczą sie w przyszłości być na czas. 😉

Widok na góry w mieście Bran

Bran Castle

W każdej wycieczce do zamków ostrzegali, że wycieczka trwa 12h, ale może się przedłużyć z powodu korków. Do tej pory wszystko nam sprzyjało i nie było dużego ruchu. Tego dnia z rana była straszliwa mgła i nie było nic widać powyżej 50m. Pogoda więc zapowiadała się średnio i w trakcie dnia lekko się rozpogodzila, ale prawdopodobnie dzięki temu nie było tłumów. Jak czytałam opinie w necie przed wyjazdem to ludzie pisali, że potrafili stać godzinę w kolejce do wejścia. My wchodziliśmy wszędzie prawie od razu, nie trzeba było szczególnie czekać. Fakt, że zdjęcia nie wychodziły świetnie, bo niebo często było przepalone, ale nie można mieć wszystkiego. 😉

Na sam koniec, tuż przy zamku Draculi zrobił się korek. Staliśmy autokarem w miejscu i przesuwaliśmy się nieznacznie. Trochę to trwało, na miejsce dojechaliśmy więc dopiero koło 15:30. Postój miał trwać półtorej godziny (30 min zwiedzania, a potem godzina czasu wolnego, żeby zjeść obiad w jednej z knajpek), ale na samym początku przewodniczka zapowiedziała, że jeśli będzie dużo ludzi to przedłużymy go o pół godziny.

No i okazało się, że do kasy biletowej kolejki nie ma, ale staliśmy w kolejce do samego wejścia przez pół godziny, więc już w trakcie czekania potwierdzono nam, że wyjedziemy po 2h.

Byłam rozczarowana tym miejscem z kilku powodów. Po pierwsze: Vlad, na którym wzorowana była postać Draculi, wcale tutaj nie mieszkał, ani nawet nigdy nie odwiedził tego miejsca. Nie był tu również kręcony żaden film o Draculi. Tak naprawdę nie ma więc powodu, żeby tak nazywać to miejsce. Wygląda na to, że jest to pułapka turystyczna, bo ktoś wpadł na świetny pomysł, jak zarobić. 😉 Powiedziano nam, że jedyny związek z Draculą jest taki, że „Bram Stoker opisał w swojej książce zamek taki jak ten„… XD

Kolejka do zamku Draculi

Po długim czekaniu w zimnie dostaliśmy się do środku, gdzie czekał nas kicz i tyle ludzi, że w pewnym momencie zaczęli mnie wkurzać – wszędzie włazili i dosłownie się korkowaliśmy. Trzeba było czekać przed wejściem do kolejnego pomieszczenia, więc człowiek stał i patrzył się na czyjeś plecy, sufit bądź ścianę. Jeśli na przykład próbowało się oglądać dziedziniec to trzeba było przesunąć się dalej i była spora szansa, że ktoś wciśnie się przed Ciebie, a wtedy czekałoby się jeszcze dłużej.

Nasza przewodniczka zaginęła w tym tłumie, więc też nikt nie poopowiadał o tym zamku, zwiedzanie było więc strasznie nudne i po prostu uciążliwe. Zdecydowanie nie będzie mi się dobrze kojarzyć. W środku spędziliśmy jakieś 45 minut, a pewnie dałoby się przejść wszystko w 20 minut – i to na spokojnie.

Żeby wejść na obszar zamku trzeba było mieć już bilet, więc też bez sensu byłoby jechać w takie miejsce bez biletu, bo nie byłoby nawet gdzie pospacerować. Miasto było nijakie i nic ciekawego za bardzo tam nie było – obok zamku brak jakiegoś parku czy czegokolwiek, bardzo mały obszar był już za kasami. 

Początkowo mieliśmy mieć godzinę, żeby siąść w knajpie, ale ostatecznie zostało nam tylko 40min i knajpy były zapchane, więc prawdopodobnie nie zdążylibyśmy nic zjeść. Udało się jednak znaleźć budkę z langoszami, które były bardzo dobre i robione ze śmietaną jak oryginalne langosze (czasem zmieniają przepis). Pełno było też budek z hot dogami, ale jednak węgierskie danie wygralo. 🙂 Ciekawi mnie jako jest tutaj tłum w trakcie sezonu – to dopiero musi być masakra!

Nad wejściem do zamku Bran

Czy polecam tą wycieczkę?

Sama się nad tym zastanawiam… W Bukareszcie i okolicy ewidentnie nie ma wiele cudownych atrakcji (chociaż parlament jest mega!). I nie byłoby w tym nic złego, bo to się zdarza. Ale próbują zachęcić turystów jak tylko się da i moim zdaniem przeginają. Nie lubię jak ktoś próbuje mnie naciągnąć, a w tym kraju kilka razy miałam takie wrażenie.

Ogólnie samego zamku Draculi nie polecam, gdybym wiedziała co mnie czeka to możliwe, że bym tu nie przyjechała. Może być to spowodowane też tym, że było to poniekąd moje marzenie, więc miałam wysokie oczekiwania, a rzeczywistość ich nie spełniła. Najładniejszy wydawał się Peleș, do którego nie udało się niestety wejść.

Jeśli jest się w okolicy to zajechać można dla zabicia czasu czy dodatkowych wrażeń. Ale myślę, że jechanie na drugi koniec Europy tylko po to, żeby specjalnie zobaczyć zamek Draculi nie ma sensu. Zwłaszcza, że wygląda na to, że w Rumunii jest ładniejszy zamek, który bardziej nadawałby się na to miano, a mianowice Zamek w Hunedoarze (Castelul Corvinilor) i myślę, że tam warto pojechać!

Nisia

Przy Bran Castle

Szukasz inspiracji na kolejną podróż? Chcesz poczytać o konkretnym miejscu? Zajrzyj tutaj.

Posty, które mogą Ciebie zainteresować:

Dodaj komentarz