Śladami samuraja (Himeji, Japonia)

Pamiętacie film „Ostatni samuraj” z Tomem Cruisem? Był kręcony w japońskim mieście Himeji w świątyni Shoshazan Engyo-ji na górze Shosha. I chyba głównie z tego to miejsce jest znane, jak więc można się domyślić – tłoku tam nie ma, ale miejsce jest ładne. 🙂 Do tego dorzućcie cudowny zamek i jest co oglądać! 😉

Dużo turystów bodajże jedzie do Himeji tylko na jeden dzień i głównie do zamku. My spędziliśmy tu półtora dnia i 2 noce, żeby na spokojnie zwiedzić oba wymienione miejsca. Od początku zwiedzanie Japonii miało nie odbywać się w pośpiechu, nie było więc tej presji, że ciągle trzeba gdzieś iść, coś zobaczyć, żeby nie stracić tego czy owego.

Dojazd do świątyni na górze Shocha nie jest zbyt łatwy. Najpierw musisz kupić bilet – najlepiej łączony na autobus i kolejkę górską w informacji znajdującej się obok dworca (tak jest taniej i szybciej). Nie jest to informacja turystyczna na dworcu, ale informacja o autobusach, więc trzeba ją znaleźć (podpowiedzą ci w informacji dworcowej, chociaż nawet z tymi wskazówkami chwilę nam zajęło znalezienie odpowiedniego miejsca 🙂 ).

Bilet łączony możesz kupić tylko tam, ale autobus możesz złapać również z okolic zamku, tylko musisz wiedzieć, gdzie szukać. 😉

Potem idziesz na autobus nr 8, który jeździ co około 20 minut, a przejazd bodajże trwa koło 40 minut. Potem trzeba się przesiąść na kolejkę, która na szczęście znajduje się tuż obok, ale chwilę pewnie będziesz musiał na nią poczekać (z 10 minut). Przejazd drugie 10 minut. Jesteś prawie na miejscu, a do tej pory minęła już godzina. 😉 Tu kupujesz bilet wstępu.

Dalej możesz podjechać innym autobusem, ale lepiej wybrać się na piechotę, po drodze oglądając Wielki dzwon (i może nawet bijąc w niego, pokornie złożywszy ofiarę pieniężną), a także masę statuetek Buddy znajdujących się po obu stronach drogi. Nie umknie ci też brama do kompleksu świątyń. Na piechotę droga do głównej świątyni zajmuje 15-20 minut, tylko czasem jest trochę pod górę. Ale przyjemnie idzie się po lesie, nawet jak mży i jest wilgotno (sprawdzone! 🙂 ).

Mieliśmy szczęście, że przez cały nasz wyjazd praktycznie nie było deszczu, tylko w Himeji w ten jeden dzień padało albo mżało prawie cały czas. Jednak jakoś szczególnie nam to nie przeszkadzało, a dodatkowo stworzyło wyjątkowy tajemniczy klimat. 😉 W pewnym momencie nastała mgła, która jeszcze go pogłębiła.

Cały kompleks ma mnóstwo ścieżek i można się pogubić albo krążyć w kółko, jeśli chodzi się bez mapy. A można ją dostać przy wejściu gdy kupuje się bilety wstępu.

Błądzisz więc od jednego miejsca do drugiego, podziwiając piękne budynki. Niektóre schowane są za zamkniętymi bramami i otoczone murem. Dziwisz się, że nie otworzyli ich dla zwiedzających. Spotykasz na swej drodze też małe posążki, wręcz całe armie.

Ale do niektórych z nich da się wejść – oczywiście uprzednio ściągając buty. 😉 W jednej świątyni są nawet przygotowane zielone gumowo-plastikowe kapcie, żeby nie było aż tak zimno (a uwierzcie mi, wieje, bo wszystkie drzwi są pootwierane, a na dworze z 12 stopni). Jeśli się na nie zdecydujesz, musisz uważać, bo z chęcią spadają ze stóp i możesz je zgubić na schodach, z których spadną ci na sam dół (sprawdzone, łatwizna 😉 :P).

Łazimy tak ze 2 godziny, oglądając wszystkie miejsca i robiąc zdjęcia. Jest sobota w okresie hanami, ale mimo to jest bardzo mało ludzi. Panuje tu więc spokój – można odpocząć od miejskiego zgiełku. Nowoczesność też została daleko w tyle – tu nie tylko nie ma wieżowców, ale otacza ciebie gęsty las, brakuje dróg czy czasem nawet zasięgu internetu. 😉

Ale spokojnie – jak wszędzie w Japonii – toalety są. 😉 Jest też mała kawiarnia podająca matchę. My się nie skusiliśmy – zaczynaliśmy powoli mieć dość jej specyficznego smaku. Tak naprawdę zaczynaliśmy być znudzeni także japońskim jedzeniem, bo dość sporo jedliśmy ramenu czy udonu w różnych wersjach. Powoli zaczynałam tęsknić za ziemniakami czy kotletem schabowym z mizeria. A może nawet hamburgerem….? 😀

Na końcu zaszliśmy jeszcze do Wielkiego dzwonu, bo Czaro chciał w niego uderzyć. Była tam umocowana spora kłoda do uderzania i za pierwszym razem okazało się, że nie tak łatwo ją rozchuśtać. Czaro więc zamachnął się i drugim razem rozniosło się takie echo, że chyba usłyszeli nas i w mieście. Prawie ogłuchnęliśmy. 😀

Miejsce było fajne, mgła dodała mu uroku. Wiele tracą ci, co w Himeji zwiedzają tylko zamek – wszak piękny, ale zamków w Japonii przecież wiele. 😉

Nisia

Photo by Czaro

Szukasz inspiracji na kolejną podróż? Chcesz poczytać o konkretnym miejscu? Zajrzyj tutaj.

Posty, które mogą Ciebie zainteresować:

2 myśli na temat “Śladami samuraja (Himeji, Japonia)

Dodaj komentarz