Dlaczego Nie Podobało Mi Się Na All Inclusive (Sa Coma, Majorka)

Zastanawiacie się, czy lepiej jechać w podróż „na własną rękę” czy może zapłacić za wycieczkę all inclusive, gdzie nie trzeba martwić się ani o przejazd ani o pełne wyżywienie? Ja zawsze wybierałam pierwszą opcję, bo tak było taniej, wygodniej i nie byłam przykuta do jednego miasta. Ale zdarzyło się raz, że tańszą wersją okazała się wycieczka all inclusive, a to dlatego, że Majorka jest bardzo popularnym miejscem i niełatwo znaleźć nocleg 2 tygodnie przed planowanym wyjazdem – postanowiliśmy więc spróbować. 😉

[Będzie trochę narzekania, czego nie mam w naturze, ale byłam zszokowana zarówno standardem miejsca jak i zachowaniem ludzi, więc jeśli bolą Ciebie uszy od narzekania, radzę nie czytać dalej ;)]

majorka_sa coma_mapa

Dla kogo jest all inclusive

Jeśli nie umiesz lub nie lubisz planować i chcesz, żeby zrobiono to za ciebie, to ta wersja jest odpowiednia. Jeśli chcesz sporo pozwiedzać to lepiej kup wycieczkę objazdową, ale jeśli masz zamiar leżeć na plaży i o nic się nie martwić (albo może raz czy dwa w ciągu 2 tygodni pojechać na 1-dniowy wyjazd) to powinna spodobać ci się taka opcja. Przypasuje także tym, którzy chcą po prostu nie martwić się o nocleg i wyżywnienie (a trafi im się tanio all inclusive), a planują wynająć samochód i pojeździć po sąsiadujących obszarach.

All inclusive nie będzie odpowiadać podróżnikom, którzy jeżdżą w miejsca mało popularne, którzy lubią spać w hostelach, w nich poznawać ludzi i dowiadywać się od nich ciekawych rzeczy. Ani dla ludzi, którzy spragnieni są dużej ilości wrażeń i chcą zobaczyć jak najwięcej miejsc (więc siłą rzeczy nie będą spać w tym samym mieście dłużej niż 3 noce).

majorka_sa coma6

Co mi się nie podobało

Planowałam napisać krótko i na temat, a wychodzi, że powyższy wstęp za bardzo się wydłużył, a jeszcze sporo tekstu się szykuje. 😉 Do rzeczy więc!

1. Niski standard hotelu

Nocowaliśmy w hotel Blue Sea Grand Playa – niby hotel miał 3 gwiazdki, ale miałam co do tego wątpliwości. 😉 Ogólnie standard był tolerancyjny jak na hotel, ale spodziewałam się wyższego. Trochę po świecie jeżdżę, byłam w kilku miastach Hiszpanii i nie przypominam sobie, żeby 3-gwiazdkowe hotele tak wyglądały. Nawet niektóre hostele były lepsze. 😉

Nie mówię, że z hotelem było coś porządnie nie tak – recepcja była ładna i obsługa bardzo miła i pomocna. Nasza łazienka też całkiem zadbana i ogólnie pokój czysty i wysprzątany – no i nie biegali po nim żadni niepożądani lokatorzy w postaci robaków, a to się ceni!

Jednakże w pokoju był dziwny zapach, najprawdopodobniej spowodowany klimatem w Hiszpanii i środkami chemicznymi, ale jednak. Do tego meble były brzydkie (hotel już przeżył swoją świetność), a zamknięcie balkonu budziło wątpliwości co do bezpieczeństwa, bo w sumie to dało się je otworzyć z zewnątrz. Pan na recepcji twierdził, że nikt nigdy nie narzekał i nie było żadnych kradzieży, więc pozostawało nam mu jedynie uwierzyć (byliśmy na pierwszym piętrze, więc zdecydowaliśmy się mu zaufać).

majorka_sa coma_hotel2

W sumie to najważniejsze było to, że hotel był czysty, do sklepów i restauracji było blisko (właściwie znajdowały się tuż za rogiem), a do plaży około 5 minut. Poza tym dach nad głową był, łózko też, ciepło i do tego jeszcze 2 nieduże baseny, więc to chyba powinno wystarczyć 😉 (chociaż osobiście nie rozumiem, dlaczego ludzie spędzają cały dzień na basenie hotelowym zamiast na plaży).

2. Niedobre jedzenie

Na początek zacznę od tego, że nie było prawie w ogóle lokalnego jedzenia w hotelu (ba! ciężko je było znaleźć w całym mieście, ale o tym niżej). Za to można było najeść się hamburgerami czy frytkami, no i spróbować angielskiego jedzenia, bo odniosłam wrażenie, że to ono przeważało w menu – lasagne, cottage pie, angielskie kiełbaski (swoją drogą niesmaczne – miałam je okazję spróbować będąc w Anglii i też mi nie smakowały 🙂 ).

Nawet Blue Curaçao nie smakowało jak likier, który dobrze znam, bo jest jednym z moich ulubionych alkoholi – tutaj brakowało w nim smaku pomarańczy (a jest to właśnie likier pomarańczowy) i bardziej przypominało nie za dobre lekarstwo. Sangria była gorzka, a Mohito po prostu dziwne. Nie wspominając o tym, że drinki te nie były przygotowywane na „świeżo”, a leciały z nalewaka i może w tym właśnie był problem. Ratowałam się więc rumem z colą, bo tego z maszyny nie mieli i przygotowywali specjalnie dla mnie, więc faktycznie drink smakował i rumem i colą. 😉

majorka_sa coma_hotel7

Hotel miał także przygotowane „przekąski” na czarną godzinę, czyli czasem między posiłkami. Nasza podróż na Majorkę zaczęła się jakoś po śniadaniu – polecieliśmy z Wrocławia do Palmy, a stamtąd autobusem do hotelu. Całość trochę trwała, bo nie byliśmy jedynymi pasażerami i nie mieliśmy tego szczęścia, żeby trafić do hotelu jako pierwsi. Dotarliśmy na miejsce z półtorej godziny przed kolacją, byliśmy więc bardzo głodni i liczyliśmy na jakieś super przekąski.

Niestety bardzo się rozczarowaliśmy, bo okazało się, że mogliśmy przekąsić śliwki (bałam się po nie sięgnąć jako mój pierwszy posiłek w nowym miejscu) i kanapki z szynką. „Kanapki” to naprawdę wiele powiedziane, bo był to po prostu chleb i plasterek konserwowej, bez masła i niczego więcej – leżały one w ciepłym miejscu (temperatura sięgała minimum 25 stopni) i zdecydowanie nie budziły mojego zaufania. Było gorąco, kanapki były suche i miałam wrażenie, że ugrzęzną mi w gardle przy jakiejkowiek próbie przełknięcia. Nawet przeogromny głód nie przekonał mnie do spróbowania. 😉

Nie mówię oczywiście, że wszystko było niedobre, bo większość rzeczy smakiem nie zachwycała, ale była całkiem spoko. 😉 Jednak jadąc do innego kraju chciałabym posmakowaćjego dobrodziejstw, wliczając w to kuchnię lokalną, więc byłam po prostu rozczarowana (stąd narzekanie, którym z reguły się nie kalam ;P). Myślę, że typowy Janusz czy Grażynka, którzy nie lubią próbować nowych rzeczy znaleźli by tam coś dla siebie i byliby całkiem zadowoleni. 😉majorka_sa coma_hotel8

3. Wybieranie tego, co najlepsze

Czasem zdarzało się, że trafiło się bardziej lokalne jedzenie jak na przykład paella z owocami morza. Ciężko jednak było jej spróbować, bo od razu robiła się spora kolejka i ludzie potrafili wybierać tylko to, co im się rzucało w oczy – w paelli zostawał sam ryż pozbawiony ślimaków, małży czy i tak nielicznych krewetek.

 

Niejednokrotnie miałam okazję spróbować hiszpańskiego jedzenia (uwielbiam tapas!), więc serce ściskało się na ten widok.

4. Nawyki i łakomstwo innych

Przykre było też patrzenie na łakomstwo innych – nie zaglądałam specjalnie na talerze sąsiadów, ale ciężko było nie zauważyć jak szedł ktoś z ogromnym talerzem samych nachosów i sosów, albo jedna osoba zajadała się czteroma hamburgerami. Wiem, że posiłki były wliczone, więc można było obżerać się bez granic, ale trochę godności by się przydało. 😉

5. All inclusive czy nie?

No i właśnie, moim skromnym zdaniem logiczne jest, że jak kupujesz wycieczkę all inclusive to wszystko będzie bezpłatne (w ramach rozsądku). Tak mogło by się wydawać, bo okazuje się, że sytuacja wygląda inaczej. Były takie przekąski jak chipsy, za które trzeba było dodatkowo zapłacić, wifi w pokoju też wcale nie było darmowe i jeśli dobrze pamiętam kosztowało jakąś śmieszną kwotę €10 czy €20 w zależności od tego, na jak długo chciało się wykupić dostęp. Hotel oferował też dodatkowe rozrywki (jak bilard) czy usługi (wypożyczenie czajnika czy żelazka), ale wszystko oczywiście dodatkowo płatne.

majorka_sa coma_hotel

6. Masówka

Niemal na każdym kroku zauważało się masowe traktowanie i cięcie po kosztach (na przykład drinki z nalewaka, bardzo zalatani kelnerzy, którym chciałoby się poradzić usiąść chociaż na chwilę i odpocząć). Rozumiem, że biznes musi się kręcić, ale moim zdaniem trochę przesadzali i było to nieco smutne.

Ogólnie o mieście Sa Coma

Sa Coma to bardzo turystyczne miejsce, właściwie wybudowane jako miejscowość turystyczna, więc nie można było się spodziewać lokalnych smakołyków i masy zabytków. Widać było, że większość odwiedzających miasto to Niemcy i Anglicy i właśnie pod nich serwowane jest jedzenie. Ciężko było znaleźć dobrą restaurację (w końcu znudziły nam się hotelowe posiłki) – dzięki wskazówkom recepcjonistki hotelu trafiliśmy do jednej jedynej w okolicy (a przynajmniej takie sprawiało wrażenie) – nazywała się La Bodega i znajdowała się przy Avinguda de ses Palmeres n°109. Tam nie mówili za bardzo po angielsku, więc dogadywaliśmy się łamanym hiszpańskim, i klienci też byli Hiszpanami (prawie żadnych turystów). Jedzonko pyszne, a do tego wreszcie soczysta i słodka sangria! 😉

Jako plusy miasta – było ono dobrze przygotowane na przyjazd turystów i na plaży znajdowały się skrzyneczki (jakby mini sejfy, tylko cieńsze), gdzie można było zostawić wartościowe rzeczy jak telefon czy pieniądze (lustrzanka już się nie mieściła), a na piasku stały leżaki i palmowe parasole. Teoretycznie za wszystko trzeba było zapłacić (około €6-€9 w zależności od opcji). Piszę „teoretycznie”, bo na początku o tym nie wiedzieliśmy i korzystaliśmy bez płacenia i dopiero za trzecim czy czwartym razem pan zbierający opłaty uświadomił nas o okropnym czynie jaki popełnialiśmy. 😉

majorka_sa coma

Na plaży były także nieosłonięte prysznice, żeby obmyć się z piasku i słonej wody, a kawałek dalej bezpłatne toalety.

Główną aktywnością w Sa Comie było wylegiwanie się na plaży i pływanie w przepięknym niebieskim morzu (najlepiej z okularami słonecznymi na oczach, bo inaczej słońce strasznie raziło!). Trzeba było tylko uważać, żeby nie połknąć przypadkiem bardzo słonej wody, która groziła wypaleniem przełyku 😉 (podobnie jak w Cancun w Meksyku).

Można było też stworzyć własne atrakcje, czyli pospacerować po okolicy, zaprzyjaźniając się z lokalnym osiołkiem czy końmi, wypić w nocy wino nad morzem, oglądając gwiaździste niebo i wypatrując spadających gwiazd (panorama z leżaków przepiękna!) albo wykąpać się po zmroku w chłodnym morzu (niekoniecznie w stroju kąpielowym 😉 ).

majorka_sa coma5

majorka_sa coma4

Poza wyjazdem do dalszych miejsc na wyspie można było także wybrać się na zwiedzanie jaskiń, o których pisałam poprzednio, skorzystać z atrakcji takich jak parasailing, o której jeszcze napiszę, bo myślę, że warto wspomnieć czy lot balonem (stwierdziliśmy, że jednak za drogo – jeśli dobrze pamiętam lot kosztował około €200). 🙂

Czego się spodziewałam?

Sama w sumie nie wiem, ale raczej bardziej klimatycznego miejsca i innego podejścia, bo nawet w hostelach niejednokrotnie zdarzało się, że standard był wyższy, a goście byli lepiej traktowani. Pierwszy raz byłam na Majorce i do tego na wycieczce all inclusive, może więc po prostu źle trafiłam. Możliwe też, że miałam wygórowane oczekiwania.

Czy kiedykolwiek jeszcze wybiorę się na all inclusive? Trudno powiedzieć, bo w chwili obecnej „jestem na nie” – musiałby mnie chyba przekonać standard hotelu – no bo czy w 4- bądź 5-gwiazdkowych hotelach jest tak samo? Czy wtedy ludzie trzymają poziom, bo głupio się zbłaźnić przy innych? Czy takie hotele nie oferują all inclusive, bo wiedzą czym to grozi i nie chcą sobie psuć opinii…? 😉

Nisia

majorka_sa coma_nisia
Photo by Czesu (www.instagram.com/czesu), post by Nisia

* Główne zdjęcie zrobione przez Czesa, post produkcja przez Nisię

Inne posty z okolicy:

15 myśli na temat “Dlaczego Nie Podobało Mi Się Na All Inclusive (Sa Coma, Majorka)

  1. Mnie all inclusive zdecydowanie nie kręci, bo zbytnio zalatuje PRLem i wczasami z FWP. Poza tym mam zerowe zaufanie do biur podróży jeśli chodzi o hotele. Mam podobne odczucia co Ty – niby gwiazdek dużo, a standard jakiś kiepski. Nie przepadam też za hotelowym jedzeniem. Te, zwykle jest bez smaku, bo musi być jadalne dla wszystkich hotelowych gości. Zupełnie jak w szkolnej stołówce czy szpitalu – zero przypraw.

    1. Doskonale to ujales porownaniem do PRLu 😀 faktycznie tak to sie kojarzy (chociaz nie znam tego z wlasnego doswiadczenia). A jesli chodzi o jedzenie w hotelu to mnie niejednokrotnie zdarzalo sie trafic na dobre sniadanie, ale byl to zawsze hotel wybrany przez nas (a nie biuro podrozy), no i po jakims czasie ono sie znudzi tak czy tak, bo z reguly jest to bufet i ciagle to samo.

      1. Ja pamietam aż za dobrze, i śmiało mogę powiedzieć, że to były wczasy z piekła rodem. Najgorzej wspominam posiłki – np. śniadanie o 9 (po III tura), a obiad na 13.30 (bo tura I, żeby było sprawiedliwie). No i jak w tym systemie można było iść w góry? O koszmarnych ośmioosobowych stołach już nie wspomnę, jak i o miejscach z przydziału. Jednak po latach takich doświadczeń, wielu Polaków, zwłaszcza starszych, nie wyobraża sobie, by inaczej spędzać wakacje. Dodaj do tego kiepską znajomość języków obcych, wśród starszego pokolenia, i brak obycia (bo niby kiedy mieli go nabrać), i przyczyna sukcesu all inclusive jest jasna.

  2. Spotkałem się z opinią, że All Inclusive to wakacje dla ludzi, którzy chcą pojechać za granicę, aby tam pobyć, ale niekoniecznie się z nimczym lokalnym zapoznawać. 😉

        1. Zastanawialam sie tez czy z tego powodu nie udostepniac innym moich szczegolowych planow podrozy (z informacjami o przejazdach, zabytkach, kosztach, etc), moze komus by sie to przydalo 🙂

Dodaj komentarz