Zagubieni w Lesie (Wyprawa na Śnieżnik)

W grudniu 2017 wybraliśmy się z chłopakiem na krótki wypad w Polskie góry, żeby odpocząć od miejskiego ponurego pejzażu i trującego smogu. Padło na Stronie Śląskie, bo niewielu tam turystów, miejsce znajduje się niedaleko, no i jakby co to jest możliwość pojeżdżenia na snowboardzie (nie byłam przekonana, czy chcę już zacząć się uczyć czy po prostu na wyjeździe odpocząć – jak mi poszło możecie przeczytać w poprzednim wpisie 🙂 ).

Oczywiście będąc w górach nie można było nie pójść na szlak, bo wędrówki po górach to coś, co kocham! 🙂

Poszliśmy więc w kierunku Śnieżnika, który był w okolicy najwyższym szczytem (po czesku Králický Sněžník, 1426 m n.p.m). W sumie to do ostatniej chwili nie byliśmy pewni, czy się tam skierujemy, bo najpierw trzeba było się wyspać (kto nas zna wie, że czasem lubimy pospać i mamy problemy z wczesnym wstawaniem nawet na szlaki – chyba, że jest piękna pogoda i od razu chce się wstawać – jak było w przypadku Śnieżki) oraz, że lubimy dobrze zjeść w schronisku po drodze, jeśli jest taka możliwość. Znając siebie coraz lepiej, mamy ze sobą zawsze latarki, kiedy ruszamy w góry – na wypadek gdyby zastała nas ciemność. A że tego dnia nie wstaliśmy zbyt wcześniej, najpierw wybraliśmy się na wolny spacer, żeby porobić zdjęcia.

Ale widok pięknie ośnieżonych drzew i dźwięk chrupiącego pod nogami śniegu sprawił, że nabraliśmy ochoty, aby pójść dalej, szybciej i zobaczyć więcej. 😉 Ruszyliśmy więc na Śnieżnik ścieżką biegową dla narciarzy (piechotą), która była najbliżej i na której nie było prawie zupełnie ruchu. Do schroniska szło się całkiem przyjemnie przez około 3,5 h, a długość trasy ponoć wynosiła 5,9 km (według znaku, bo aplikacja w telefonie twierdziła, że było koło 7 km).

szlak na snieznik4

szlak na snieznik5

Obawiałam się, czy moja ciepła kurtka nie okaże się zbyt ciepła, ale była wręcz idealna, kiedy miałam pod nią tylko lekką bluzkę i koszulkę z krótkim rękawem (bluzę założyłam dopiero w drodze powrotnej). Ciepłe legginsy, spodnie przeciwdeszczowe (zamiast dżinsów) oraz długie skarpetki też się przydały.

Po drodze nie było za bardzo ławeczek, gdzie można by było na chwilę usiąść i odpocząć (czy narciarze biegowi nie potrzebują w ogóle odpoczynku na tak „krótkiej” trasie? :P), rozsiedliśmy się więc wygodnie jak dotarliśmy do schroniska pod Śnieżnikiem, zamówiliśmy pierogi i żurek i trochę się zasiedzieliśmy.

Pogoda była kiepska, widoczność słaba, wszędzie pełno śniegu, więc zdecydowaliśmy, że na szczyt nie pójdziemy, tylko wrócimy tu na wiosnę, kiedy doznania będą przyjemniejsze (robiło się już ciemno, a zdobycie Śnieżnika zajęłoby nam dodatkową godzinę). 😉 Dodatkowo widzieliśmy przez okno, jak ludzie się ślizgają, podchodząc do schroniska jednym szlakiem i słyszeliśmy opowieści ludzi siedzących obok, że na szczycie zupełnie nic nie widać, bo jest taka mgła – to nas zupełnie przekonało, że podjęta decyzja jest najlepsza z możliwych! 😉

schronisko pod snieznikiem_widok
Normalny widok ze schronisko
schronisko pod snieznikiem_widok2
Widok ze schroniska, kiedy na kilka minut się rozpogodziło

Z powrotem chcieliśmy wrócić inną drogą, żeby za nudno nie było i się doigraliśmy! 😉 Część oznakowań była kiepska (mało oczywista) i na tych nie postawionych przez PTTK brakowało czasu przejścia – szliśmy więc najpierw szlakiem na Sienną, a po jakichś 2 godzinach (gdzieś pod koniec trasy) przy rozwidleniu dróg nagle zabrakło na Sienną kierunkowskazów.

Najpierw więc poszliśmy jednym szlakiem, który kierunkowo wydawał się najrozsądniejszy, ale nie było na nim oznaczeń (tylko jakieś narciarskie napisy, na których się nie znam 😉 ). Okazało się, że droga ta prowadziła do stoku narciarskiego – przez chwilę zastanawialiśmy się, czy nie zejść ze stoku prosto w dół, bo prowadziłby do cywilizacji (zmęczenie zaczynało się odzywać) i był dobrze oświetlony, a nie było na nim nikogo poza maszynami wyrównującymi śnieg (!). Coś nas jednak tknęło, żeby poszukać innej drogi (szczęśliwie i na nieszczęście), bo ta była bardzo stroma i przypadkowo moglibyśmy się z niej sturlać.

schronisko pod snieznikiem
Schronisko pod Śnieżnikiem

Po powrocie do rozwidlenia dróg zapytaliśmy innych wędrowców, czy nie wiedzą jak dojść do Siennej – wiedzieli, ale najwidoczniej źle nam to zakomunikowali, bo skierowali nas na najgorszą możliwą drogę, która – jak się potem okazało – obchodziła górę naokoło w innym kierunku niż chcieliśmy („nie ufaj nieznajomym!” powtarzają zawsze ;P ).

Czy wspominałam już, że oczywiście w międzyczasie zrobiło się mega ciemno i nie było prawie żywej duszy w około? 🙂 Idealny klimat do historii z horrorów (o czym oczywiście musiałam pomyśleć, kręcąc się w kółko) – idzie zagubiona para wśród ciemnego lasu – głodni, przemarznięci, tylko z latarkami, a za nim podąża jakiś psychopata… albo niebezpieczeństwo czyha gdzieś obok! 😉 😀

Przez to zbłądzenie i pytanie innych o drogę straciliśmy prawie godzinę (Google maps nie chciało się porządnie załadować i pokazać nam szlaki). Do tego przez całą drogę znowu nie było ławek – tylko na rozwidleniu, ale tam za pierwszym i drugim razem nie siedliśmy, bo byliśmy przekonani, że jesteśmy już na końcu szlaku, więc praktycznie od schroniska nie odpoczywaliśmy.

Zaczęłam odczuwać zmęczenie i bezsilność, wracając się po raz kolejny do rozgałęzienia dróg. Byliśmy tak blisko cywilizacji, a jednak tak strasznie daleko! 😉 Opadałam z sił mimo iż była dopiero 18, a wiedziałam, że to jeszcze nie koniec. To było zabawne uczucie, bo i tak wiedziałam, że nic nie może się nam stać, ponieważ miasto jest tuż obok, tyle że pod mocnym kątem tuż pod nami – najszybciej byłoby teraz się sturlać. 😛 Ale rozsądek trzymał się całkiem dobrze, nie panikował, ostrzegał tylko, że lepiej nie przebywać zbyt długo na mrozie, jeśli nie było tego w planach. 😉

schronisko pod snieznikiem4

Nie przedłużając już historii – w końcu poszliśmy szlakiem na Czarną Górę (a chyba i tak udało się nam z niego zboczyć i pójść nieoświetlonym stokiem, a więc i nie używanym przez narciarzy). Tą bardzo stromą drogą doszliśmy na samą górę stoku i zjechaliśmy Luxtorpedą na samiusieńki dół. Faktycznie kolejka jechała dość szybko i na początku było to lekkim szokiem (nie spodziewałam się tego, bo wyciągi krzesełkowe, z których korzystałam wcześniej były o wiele wolniejsze), ale ogólnie jazda była całkiem przyjemna i ekspresowa. 🙂

Okazało się także, że stok, którym chcieliśmy początkowo iść w dół nie był jeszcze zamknięty tak jak sądziliśmy i podjęliśmy dobrą decyzję, żeby nim nie schodzić, bo niedługo zaroiłoby się od narciarzy i mogłoby to być niebezpieczne (nawet jeśli byśmy szli po boku). Wędrówka nie poszła po naszej myśli, ale przeżyliśmy ciekawą przygodę. 🙂 Na koniec ogrzaliśmy się w karczmie grzanym winem i ciepłym posiłkiem. A następnego dnia bardzo łatwo dałam się przekonać do nauki jazdy na snowboardzie, co wydawało mi się przerażające, a było moim marzeniem z dzieciństwa. 🙂

* Strasznie zaintrygował mnie człowiek, który minął nas na szlaku do schroniska, bo szedł bez koszulki – tylko w butach, spodniach i z małą torbą na plecach. Ale nie wyglądał na kogoś, kto potrzebuje pomocy, ale bardziej na kogoś, kto idąc po śniegu bez kurtki i z mocno zaciśniętymi pięściami po prostu się hartuje.

PS. Schronisko nie było wypełnione ludźmi, a na szlaku spotkaliśmy bardzo mało ludzi, więc zgaduję, że szczyt nie jest oblegany (przynajmniej w zimie).

Nisia

szlan na snieznik_nisia
Photo by Czaro (instagram.com/czesu)

Inne posty z wypadów w góry, i nie tylko:

8 myśli na temat “Zagubieni w Lesie (Wyprawa na Śnieżnik)

  1. Psychopata to by się na takim śniegu prędzej sam zabił niż cokolwiek wam zrobił 😛 Aczkolwiek to by było ciekawe przeżycie, jakbyście szli tak po ciemku i nagle słyszycie kroki, a potem takie jeb łubu du! 😀

        1. Ahaaa! Nie skumalam poczatkowo :p myslalam, ze chodzi Ci o to, ze lubudu byloby jakby ktoregos z nas uderzyl czyms w glowe :p i juz chcialam pytac po ktorej stronie stoisz :p

Dodaj komentarz