Trzeciego dnia naszego pobytu w Andorze zrobiliśmy sobie rest day. Potrzebowaliśmy trochę odpocząć po drugim dniu, ktory lekko dał nam w kość. W tym kraju mieliśmy spędzić tylko 4 dni, a ostatniego dnia planowaliśmy się zniszczyć i na porządnie się zmęczyć, trzeba więc było nabrać trochę sił. 😀 Potem, praktycznie cały dzień przeznaczony był na przejazd z Andory do Francji, więc czas na odpoczynek miał się jeszcze pojawić.
Standardowo, było sporo planowania i rozważania miliona różnych opcji zanim zdecydowaliśmy się na cokolwiek, bo zależało mi, żeby pójść na Pic de Carroi (który swoją drogą był bardzo blisko naszego szczytu docelowego), ale też nie mogliśmy sobie pozwolić na dłuższą wędrówkę tego dnia. A oczywiście trzeba by było robić jakieś wygibasy, żeby tam dojść, bo autobus nie stawał wystarczająco blisko, a nie wypożyczyliśmy samochodu. Na piechotę też byłby kawał drogi i mogłoby nam nie starczyć siły na następny dzień. 😉 Ostatecznie udało się wybrać w miarę krótką trasę i poszliśmy tylko na Pic del Cubil. A właściwie to kawałek podjechaliśmy gondolką startującą z La Massany, wjechaliśmy na pierwszą stację i stamtąd poszliśmy na piechotę na szczyt.
Z rana pojechaliśmy autobusem do Massany, która była jakieś 20 min drogi od nas, czyli od stolicy. Na dolnej stacji wyciągu okazało się, że gondola kosztuje €22 w obie strony i mamy wliczone dwa wyciągi w górę – nie było innej opcji do wyboru. Ten drugi wyciąg jednak nas nie interesował, bo mało byśmy chodzili, a w końcu celem tego wyjazdu był trekking. 🙂 Ale fajną atrakcją (wliczoną w cenę biletu) był zjazd pontonami na specjalnym torze ulokowanym przy pierwszej stacji wyciągu.

Mniejszy szlak, który miał nam urozmaicić drogę
Pod górę podchodziliśmy dość szeroką drogą szutrową – była to trasa dojazdowa dla rowerów, ale też i droga dla samochodów obsługi. Nie ma wiele do opisywania szczerze mówiąc, bo była to dość nudna trasa i żeby trochę ja sobie urozmaicić, weszliśmy na jakiś czas w las i szliśmy trochę po kamieniach. Ale szlak ten odbijał w innym kierunku, niedługo potem musieliśmy więc wrócić na oryginalną drogę. I tak cały czas pod górę – tą samą drogą, bez szczególnych zmian krajobrazu. 😉
Widoczki były niczego sobie, pion również, zatrzymywaliśmy się więc co jakiś czas na zdjęcia. Po drodze były też stoły drewniane, przy których usiedliśmy na batona – w końcu mieliśmy dziś odpoczywać, nie było więc co biec na górę. xD Był czas, żeby siąść i pogadać.
Po drodze rozglądaliśmy się za torem z pontonami, ale nie mogliśmy go nigdzie znaleźć. Przy środkowej stacji nie było go widać i już myśleliśmy, że źle zrozumieliśmy kobietę w kasie i szukaliśmy go wyżej. Ale ostatecznie znaleźliśmy go na sam koniec, już po zejściu – pomogła nam z tym słabo mówiąca po angielsku oparatorka wyciągu znajdującego na samym szczycie. Dzięki temu, że pokazała nam palcem na mapie, gdzie on się znajduje. 😀

Na szczycie
Na górze było dość malowniczo, był prawie widok 360 stopni. Do tego nie było tam zwykłej tabliczki z nazwą szczytu, a dość sporych rozmiarów znak. Trochę czasu zajęło nam zrobienie zdjęć i nagranie filmików. Czekaliśmy też na odpowiedni wiatr, żeby flaga ustawiła się ładnie do zdjęcia, ale nie mieliśmy z tym szczęścia. xD Jak już byliśmy zadowoleni i troszkę zmarznięci od zimnego wiatru, zeszliśmy powoli w dół trochę dłuższą drogą, żeby odciążyć nieco kolana.
I tak jak rano byłam mega zmęczona po poprzednim dniu i nie chciało mi się nigdzie wychodzić, tak po południu w drodze na dół poczułam, że już się zregenerowalam i jestem gotowa na następny ekscytujący dzień! 😀
W tym miejscu spotkaliśmy może 5 osób trekkujących, poza tym było trochę rowerzystów, bo znajdował się tutaj otwarty bike park. Ponoć kiedyś odbywały się tu mistrzostwa. W dalszym ciągu nie wyglądało to na szczyt sezonu – tłumów nie było i nawet się dziwiłam, że wyciąg jest ciągle otwarty. A był otwarty do 18! W porównaniu z z polskimi wyciągami jest to bardzo długo, pomimo tego, że ludzi zdecydowanie mniej.

Na szczycie
Trochę pobłądziliśmy, szukając toru z pontonami, ale ostatecznie udało się go znaleźć – musielismy pójść prawie na tył stacji za parkiem zabaw dla dzieci. I powiem Wam, że całkiem nieźle się tam bawiliśmy! 😀 Tor był dość krótki, ale przysparzał sporo frajdy, zwlaszcza, że były trzy obok siebie, mogliśmy więc wszyscy się ścigać. I mieliśmy 5 zjazdów, więc jeśli pierwszy nie wyszedł, bo ktoś miał opóźnienie ze startem, to jeszcze miał czas to nadrobić. 😉
Przy środkowej stacji były jakieś budynki, ale tylko knajpa na dole była otwarta. Na samej górze zupełnie nic nie było poza platformą zjazdową dla rowerów i punktu widokowego. Czynne toalety znajdowały się zarówno na stacji pośredniej jak i na dole. Początkowo planowaliśmy siąść w knajpie i napić się kawki, ale dotarliśmy tutaj już po zjazdach na pontonach koło godziny 17:40 i mieliśmy niecałe pół godziny do ostatniego zjazdu. Nie chcieliśmy pić w pośpiechu, zjechaliśmy więc na dół i tam zatrzymaliśmy się w knajpie na piwko i pysznego przygrillowanego croissanta z serem i szynką. 😀
Ogólnie niewiele jest do zwiedzania w samych miastach, wliczając w to stolicę – są takie typowe kurorty. Najbardziej podobała mi się właśnie Massana, bo miała trochę inny klimat i charakter. 🙂
Nisia

photo by instagram.com/czesu, edit by nisia
Szukasz inspiracji na kolejną podróż? Chcesz poczytać o konkretnym miejscu? Zajrzyj tutaj.
Posty, które mogą Ciebie zainteresować: