Wycieczka Island Hopping na Langkawi – część 1, czyli na Ciężarnej Dziewicy ;) (Malezja)

Langkawi to zarówno nazwa wyspy położonej daleko na północy Malezji, z której bliżej jest do Tajlandii niż do lądu malezyjskiego jak i archipelagu 99 wysp, nie dziwi więc to, że wszędzie znajdują się choćby malutkie wyspy widoczne z plaży, ze statku czy z lądu. Jeśli o nie chodzi to jest ich sporo, natomiast tłumów w maju nie było, powiedziałabym raczej, że były prawie pustki. Spodziewałam się zdecydowanie większej liczby odwiedzających, bo słyszałam, że miejsce to jest bardzo turystyczne. A tu niespodzianka – plaża w dzień prawie cała dla nas, na ulicach mało samochodów, w knajpach dużo miejsca. Tak to ja lubię!.. 🙂


Wsiadamy na łódkę w malutkim porcie, używając śmiesznych schodków stojących na brzegu. Upychają nas na środek i tył, bo z przodu nie można, bo trzęsie, bo łódka się podnosi i bóg jeden wie co jeszcze. 😉 Zakładamy kapoki, koleś mówi nam, że płyniemy łódką 070 i mamy zapamiętać ten numer. A potem ruszamy.

langkawi_dayang bunting_lodka_nisia

Najpierw powoli, leniwie, ale stale przyspieszamy aż w końcu płyniemy z prędkością światła, wymijając nawet sam wiatr. 😉 Niezwiązane włosy i luźne chusty powiewają chaotycznie, kapelusz wsadzony jest między plecak a burtę, żeby nie uciekł nagle ogarnięty oszałamiającą chęcią ucieczki. Okulary siedzą na nosie każdego chroniąc oczy przed niestrudzonym wiatrem, aby każdy mógł ich nie mrużyć i spokojnie patrzeć na piękne widoki – a jest na co patrzeć!

Coraz bardziej oddalamy się od lądu, z jednej strony pojawia się niewielka wyspa strzelająca wysoko w niebo, aparaty i kamery idą więc w ruch wraz z „ochiem” i „achem”, które giną gdzieś między hukiem silnika motorówki a hałasem rozpryskiwanej wody. Ci po lewej żałują, że niewiele widzą, aby zaraz odetchnąć z ulgą, bo po ich stronie też niespodziewanie wynurzają się wysokie zielone skały. Każdy jest więc zadowolony, każdy nagrywa, pstryka fotki, każdy chłonie otaczającą naturę niemo dzieląc się własną ekscytacją.

langkawi_dayang bunting_wysepka

Postój pierwszy: Pregnant Maiden Island (Pulau Dayang Bunting)

Niedługo potem motorniczy oznajmia, że oto dobijamy do Wyspy Ciężarnej Dziewicy i mamy godzinę na miejscu. Czy pamiętamy numer? Oczywiście, że tak – 070.

Wychodzimy z łódki i ruszamy w stronę pięknego jeziora. Najpierw przebijamy się przez kasy, gdzie zakorkowała się grupa azjatyckich turystów, robiąc sztuczny tłum i grożąc opóźnieniem. Ciekawe, że większość turystów, których spotykamy jest właśnie pochodzenia azjatyckiego – górujemy więc nad nimi wzrostem oraz wyróżniamy się kolorem skóry. Lokalsi jednak nie patrzą tutaj na nas jak na okazy w zoo, pewnie naoglądali się już białoskórych do syta.

Szybko dostajemy bilety, „obrączkują” nas w plastikowe bransoletki z nazwą miejsca i idziemy dalej. Gdybyśmy nie zdejmowali wszystkich bransoletek i naklejek, które dostaje się praktycznie w każdym miejscu zamiast normalnych biletów, bylibyśmy nimi obwieszeni jak cyganka na urodzinach, a w nocy świecilibyśmy w świetle reflektorów samochodowych jak księżyc w pełni.

langkawi_dayang bunting_malezja_dzungla

Śpieszymy się, bo internet pisał, że dojście do jeziora zajmuje 10-15minut, więc niewiele czasu zostaje na miejscu. Mkniemy więc wśród ogromnych zielonych drzew po betonowych schodkach, omijając tych niespiesznych i relacjonując do kamery co robimy, gdzie jesteśmy i jak tu pięknie. Mija jakieś 6 minut i jesteśmy na miejscu. Czyżbyśmy pobili rekord? Przecież można by było jeszcze szybciej. 😉

Jakoś pod koniec przechodzimy koło małej uroczej małpki – takiej niewinnej, spoglądającej na nas wzrokiem bez wyrazu. Widać przyzwyczajona do ludzi, obyta, bez obawy obserwuje – co też dzieje się w jej małym łebku, kiedy tak spogląda na ludzi…?

langkawi_dayang bunting_malezja_malpy

I jak już ją mijamy, słyszymy krzyk z tyłu, że ta mała wredota zabiera nam butelkę wody siedzącą grzecznie w zewnętrznej kieszeni plecaka. Odwracamy się szybko, wciskamy wodę na swoje miejsce, rzucamy małpie gniewne spojrzenie i idziemy dalej, nie zatrzymując się wcale.

Ale ona znów szybciutko podbiega po poręczy od tyłu, wyciąga swe zwinne łapy w stronę niczemu winnej butelki i wyciąga ją z kieszeni. Tym razem małpa jest szybsza i udaje jej się dorwać do wody. Jednakże (!) – albo wystraszył ją krzyk za plecami albo zaskoczył cieżar plastiku, bo butelka ląduje na chodniku, tocząc się w dół.

Dość tego! Bierzemy wodę i idziemy dalej, tym razem już bez komplikacji…

langkawi_dayang bunting_malezja_jezioro

Rozglądamy się wokół, podziwiamy cudowne zielone jezioro oraz wysokie majestatyczne góry. Jest ładnie, ładnie. Ale czegoś nam brakuje – internet nęcił super widokiem z góry, nasze oczy więc szukają obietnicy czegoś wspaniałego, jeszcze lepszego niż to, co mamy właśnie przed sobą… a właściwie tego samego tylko z innej perspektywy. 😉

Jest! Droga na punkt widokowy! Widać, że kiedyś była zamknięta, bo przy wejściu zwisają resztki biało-czerwonej taśmy, która jednak nas nie powstrzymuje. 😉 Taśmy prawie już nie ma, nikt niczego nie pilnuje, a my mamy świadomość, że wchodzimy na własną odpowiedzialność. Jak tylko stawiamy krok na pierwszych schodkach, zaczepia nas nieśmiało Chinka – „A czy to otwarte? A czy to można?” Bo ona by chciała, ale się boi i sama nie pójdzie. Dzielnie więc mówimy, że nas nic nie powstrzyma i ruszamy w drogę. A ona za nami.

Idziemy drewnianym szlakiem wzdłuż jeziora przecierając szlaki i mając ze sobą 2 owieczki – chłopaka imieniem Czaro, który często zatrzymuje się by robić piękne zdjęcia (w ten sposób udało mu się wyczaić dużą jaszczurkę, której my nie widzimy) i coraz bardziej śmiałą Chinkę, która najpierw trzyma się blisko nas, a potem kręci się gdzieś między nami a zainspirowanym fotografem.

langkawi_dayang bunting_malezja_jezioro2

Droga długa jest, a my niestrudzeni. Obok przepływają ludzie, pedałując leniwie w ogromnych łabędziach czy wodnych samochodach. Co chwilę wyrasta przed nami malowniczy widok albo dramatycznie pochylone drzewo próbujące rozpaczliwie złapać cokolwiek wysuszonymi gałęziami.

Zielona woda.

Mocne światło.

Cisza wśród odgłosów lasu.

I nagle zegarek wskazuje godzinę powrotu: „trzeba zawracać” krzyczy, „jest mało czasu, łódka odpłynie!”. Patrzymy tęsknie do przodu, bo kilkadziesiąt metrów przed nami ścieżka chowa się za drzewami, więc albo się kończy albo wchodzi w las, być może kierując się w górę ku upragnionej przepięknej panoramie. Nachodzą nas lekkie wątpliwości, że może zdjęcia zrobione były z drona i nigdy nie dojdziemy na miejsce z takim widokiem – to teraz takie popularne…

Idziemy jeszcze kawałek, zagłuszając głos rozsądku aż po chwili spotykany całkiem spore stadko małp, które rozsiadło się po obu stronach barierki. Jest ich dużo, są na swoim terenie. Wiemy, do czego są zdolne i że potrafią być upierdliwe. Szybka kalkulacja, wspomnienie prawie udanej kradzieży wody oraz ocena obecnej sytuacji mówi nam, że nie mamy szans. Przejście wąskie, małp za dużo, a nas tak mało.

I znów myśl, że i tak nie mamy czasu. „Wracajmy” mówi ponownie głos rozsądku i pomimo rosnącego w nas żalu tym razem go słuchamy…

CDN

langkawi_dayang bunting_malezja_jezioro3

Legenda

Krąży legenda o tym, jak pewien mężczyzna zwany Mat Teja zakochał się w księżniczce Mambang Sari właśnie przy tym jeziorze. Uwiódł ją i wzięli ślub, z którego zrodził się mały chłopiec. Niestety, dziecko nie przetrwało nawet tygodnia i siódmego dnia zmarło. Zrozpaczona księżniczka złożyła ciało chłopca w wodach jeziora. Niektóre wersje opowieści mówią także, że ciało zmieniło się w białego krokodyla, którego jeszcze dziś można spotkać w jeziorze. 😉

Od tamtego czasu, jeśli bezpłodna kobieta zanurzy się w wodach Jeziora Ciężarnej Dziewicy, ponoć zajdzie w ciążę.

Na końcu wyżej wspomnianego mostku znajduje się przesmyk, z którego ponoć widać z jednej strony jezioro ze świeżą wodą, a po drugiej słone morze. Miejsce to nazywa sie Miracle Border, bo za mały cud uznaje się to, że jezioro ze świeżą wodą i słone morze dzieli zaledwie jakieś 30 metrów, a mimo to woda w jeziorze jest zupełnie inna. Trzeba sobie zarezerwować minimum 20 minut w jedną stronę na dojście tam.

We wzgórzach wyspy niektórzy doszukują się kształtu kobiety w ciąży leżącej na plecach. Przewodnik pokazał nam to miejsce, ale przyznaję, że niezupełnie to widzę – jeśli jest to faktycznie kobieta w ciąży to jak na moje oko ma dwie pary cycków. 😉

langkawi_pulau dayang bunting_malezja

Praktycznie

Wycieczka, o której Wam opowiedziałam jest sprzedawana prawie wszędzie na Langkawi czy to w hotelu czy na małym straganie na ulicy, cena zaczyna się od 35 RM za osobę. My kupiliśmy przez dziewczynę z Graba, która dzień wcześniej odebrała nas ze Sky Bridge i zawoziła do hostelu.

Wycieczka obejmuje z reguły 3 punkty: Wyspę Ciężarnej Dziewicy, karmienie orłów oraz przepiękną plażę na wyspie Beras Basah. O tych ostatnich będzie w następnym poście.

pulau dayang bunting_mapa
Wyspa Ciężarnej Dziewicy

Wyjazd około godziny 9 rano małym busikiem, który zabiera Ciebie spod hotelu, zawozi pasażerów do małego portu (w Malezji wszystkie mają w nazwie Jetty) i tam oddaje w ręcę ludzi odpowiedzialnych za łodzie. Dostajesz mała naklejkę, żeby wiedzieć, do kogo należysz i dalej jest już łatwo – wystarczy słuchać poleceń i być na czas. 😉

Z pierwszego postoju prawie odjechaliśmy bez jednej rodziny, która jak się potem okazało ciągle się spóźniała. Zaoponowała jedna pasażerka, na słowa której motorniczy zareagował przewracaniem oczami i miną wielce zdziwioną, że puste kapoki leżące z przodu łódki faktycznie do kogoś należą, po czym ponownie przybił do prowizorycznego portu.

Gdzieś widziałam, że oferowali także popołudniowy wyjazd, o godz 14. Tak czy tak wycieczka trwa ok 4h z dojazdem do hotelu.

Wstęp nad jezioro kosztuje 6 RM za dorosłego i 3 RM za dziecko w wieku 7-12 lat. Młodsze dzieci i rezydenci Langkawi mają wstęp za darmo.

O kosztach całego wyjazdu przeczytasz tutaj.

langkawi_dayang bunting_malezja_jezioro_czaro
Zgadnijcie co jest dziwnego na tym zdjęciu 🙂

Co zabrać?

Olejek do opalania, chyba że posmarujesz się nim rano i nie zamierzasz się kąpać. Łódka jest odaszona, więc jeśli nie masz tej przyjemności siedzieć z brzegu i słońce nie przypala Ci ramienia – nic Ci nie będzie. Ja zawsze miałam olejek przy sobie, na wszelki wypadek.

Całkiem dobrym pomysłem jest kapelusz, czapka albo inne nakrycie głowy. Słońce na Langkawi praży niemiłosiernie, czasem tylko chowając się za chmurami. Można dostać udaru nawet w czapce. Czarkowi prawie się to przydarzyło, na szczęście na plaży w czasie następnego postoju można było wskoczyć do lekko schładzającej wody (miała zaledwie kilka stopni mniej niż temperatura powietrza).

Zdecydowanie trzeba też mieć przy sobie butelkę wody i ciągle się nawadniać. Sam fakt, że średnia temperatura to około 32 stopnie, a odczuwalna potrafi dochodzić do 45 czy nawet 50 stopni powinien przekonywać.

Długowłosym przyda się gumka do włosów, żeby je związać na łódce. Nie chodzi tylko o to, że przy tej prędkości będą one latać całkiem chaotycznie, ale głównie o to, że wieczorem będziecie mocno cierpieć przy rozczesywaniu. 😉

langkawi_dayang bunting_malezja_pomost

Przyda się i ręcznik, jeśli będziesz się kąpać, chociaż można także zostać mokrym – całkiem przyjemnie może to obniżać temperaturę ciała. 😉 Chociaż na łódce wieje i jest troszkę chłodniej, ale mimo wszystko jest gorąco.

To, co ostatnio zaczynam doceniać to selfie stick i szerokokątna kamerka sportowa typu Go Pro czy Xiaomi. Sama ich nie mam, ale widzę z o ile większą łatwością nagrywa cokolwiek Czaro w porównaniu do mnie używającej lustrzanki – jedną z mniejszych i lżejszych na rynku, ale wciąż ważących kilka razy więcej i filmującej z gorszą jakością. Będzie trzeba prędzej czy później zainwestować! 🙂

Ciąg dalszy wycieczki znajdziesz tutaj.

Nisia

langkawi_dayang bunting_jezioro_nisia
Photo by Czaro (instagram.com/czesu), postproduction by Nisia

Szukasz inspiracji na kolejną podróż? Tutaj znajdziesz link do mapy z zaznaczonymi miejscami, w których byłam, i linkami do notek.

Posty, które mogą Ciebie zainteresować:

 

7 myśli na temat “Wycieczka Island Hopping na Langkawi – część 1, czyli na Ciężarnej Dziewicy ;) (Malezja)

        1. A to tam nic wiecej juz nie bedzie :p nie wracalismy pomiedzy nalpkami tylko one stanely nam na dalszej drodze wiec sie wrocilismy 🙂

Odpowiedz na „mefistowyAnuluj pisanie odpowiedzi