Białe święta we Wrocławiu nie są zbyt częstym zjawiskiem. Jeśli człowiekowi zależy, żeby w tym okresie zobaczyć śnieg, a mieszka w dużym polskim mieście to musi wybrać się w góry. Ja dawno nie miałam białych świat, spodobał mi się więc pomysł Czarka, żeby pojechać do Świeradowia-Zdroju.
W sumie to niejednokrotnie myślałam o tym, że fajnie by było spędzić święta czy Sylwestra w górach. Zawsze wyobrażałam sobie taki wyjazd jako bardzo romantyczny. xD Ale tak w gruncie rzeczy to niejednokrotnie byliśmy w górach w zimę, nie wiem więc czemu dalej mam takie życzenie. XD Może po prostu lubię śnieg i góry i ciągle mi mało. 😀
Trzeba uzbroić się w cierpliwość
Tym razem zabraliśmy ze sobą ojca Czarka (Jacka) i jego partnerkę (Kasię), bo w sumie to był jej pomysł, żeby wyjechać gdzieś na święta. 😀 Ja najpierw myślałam o jakimś ciepłym miejscu, ale Czaro nie wyobrażał sobie wigilii na all inclusive gdzieś w Egipcie czy na Maderze. Logistycznie było więc łatwiej zorganizować ją w Polsce. Zwłaszcza że i tak na początku grudnia byliśmy w Dubaju, dlatego nie mieliśmy parcia na ciepłe kraje. Pomysł był więc taki, żeby zamówić jedzenie we Wrocławiu, dodatkowo coś przyrządzić i zapakować to wszystko do lodówki turystycznej oraz toreb termicznych i pojechać samochodem do Świeradowia-Zdroju.

Widok na Śnieżne Kotły ze Stogu Izerskiego, na który można wjechać kolejką
Życie oczywiście nie polega na tym, żeby było z górki, nie obeszło się więc bez przygód. xD We wtorek tuż przed przyjazdem poczułam się bardzo źle. Czaro chorował zarówno w listopadzie jak i w grudniu, mnie się upiekło. Do teraz. 😀 Dostałam lekkiej gorączki, ale czułam się tak słabo, że nie wyobrażałam sobie chodzić po górach. Nie miałam nawet siły tego dnia, żeby się spakować. Rozważałam więc zostanie w domu, żeby nie uprzykrzać innym życia. Ale Czaro zapowiedział, że nie zostawi mnie samej w domu na święta. ^^” <3 Skoro tak to przecież nie mogę im zepsuć świąt i spowodować, że nikt nie pojedzie. No i skoro mam się męczyć siedząc w domu, to równie dobrze mogę się męczyć w górach, przy ładnych widokach i świeżym powietrzu. XD Do takich wniosków doszłam i nie zastanawiałam się więcej – pojechaliśmy!
A właściwie to na początku tylko próbowaliśmy, bo samochód nie chciał odpalić. xD Pierwszy raz od kilku lat jak go posiadamy. Błędem taktycznym było to, że najpierw podłączyliśmy lodówkę w bagażniku, a dopiero potem chcieliśmy odpalić samochód. xD I najprawdopodobniej zżarła cały prąd z akumulatora, którego pewnie nie było za wiele. Na szczęście Jacek z Kasią też maja samochód, nie trzeba więc było odwoływać wyjazdu. Auto było mniejsze, ale udało się spakować całe siaty jedzenia, które zabieraliśmy ze sobą. Mieliśmy tylko godzinne opóźnienie, ale ważne że dojechaliśmy i święta się odbyły. 😉
Pierwsze doświadczenie
Wigilia standardowo została spędzona przy stole (dojechaliśmy koło 16), ale następnego dnia poszliśmy na Sky Walk, żeby się trochę przejść. Na początku wydawało mi się, że ta wieża widokowa jest taka sama jak inne, które od jakiegoś czasu gęsto wyrastają w górach w Polsce i Czechach. Ale jak na nią wchodziliśmy to zaczęłam dochodzić do wniosku, że chyba jednak się wyróżnia. I faktycznie jest najwyższą wieżą w Polsce i okolicy (ma 65m wysokości). Do tego ma trochę więcej zawijasów i nie wchodzi się na nią po prostu w kółko jak na niektóre platformy tego typu. Do tego standardowo ma ślizgawkę, która w zimę niestety była zamknięta.

Sky Walk
Wchodziliśmy na górę dość powoli, bo tam gdzie nie padało słońce, deski były zamarznięte i można było się poślizgnąć. Nie przeszkadzało to ludziom wchodzić na górę z wózkiem czy z chodzikiem. I jak tak spacerowaliśmy pod górę, widać było, że nadchodzą chmury z nad gór i widoczność niedługo zostanie ograniczona.
Na górze weszliśmy na siatkę i platformę ze szkła – ta druga nie robiła dużego wrażenia, bo podłoga była pokryta szronem, nie było więc widać na jakiej jesteśmy wysokości. I wtedy nadeszła mgła lodowa, a nie chmury jak się spodziewaliśmy. I powoli zaczęło pojawiać się halo – zjawisko optyczne powstałe przez załamanie światła na kryształkach lodu. Wokół słońca wytworzyła się tęczowa aureola, a wokół niej kolejna. I z tej zewnętrznej rozchodziły się tęcze jakby miały zapoczątkować kolejne aureole. Wyglądało to niesamowicie i pierwszy raz coś takiego widziałam. Zwłaszcza że lód unoszący się w powietrzu mienił się w słońcu i dodawał efektu. Niestety aparat glupiał przy próbie zdjęć, bo nie wiedział na co naostrzyć, nawet jak próbowało się robić zdjęcia z manualnymi ustawieniami.

Halo widziane ze Sky Walka
Wieczorem miałam kolejna niezapomnianą atrakcje, której wcześniej nie doświadczyłam. Na posesji, w której wynajmowaliśmy mieszkanie znajdowało się jaccuzzi, które było czynne też w zimę. Znajdowało się ono na zewnątrz, można było więc siedzieć w parującej wodzie z kieliszkiem w ręku i widokiem na choinkę ubraną w lampki świąteczne i księżyc. Tak więc zrobiliśmy. 😀 Woda miała 38 stopni, więc nie marzłam, jeśli byłam zanurzona aż po szyję. Starałam się więc nie wychylać za bardzo. Fajnie było tak siedzieć w jaccuzzi w zimę, podczas gdy naokoło leżał śnieg i było już ciemno. 😀 A potem wskoczyć do sauny, która znajdowała się tuż obok, żeby się ogrzać i na spokojnie przebrać w szlafrok.
Chorobie się nie dam!
Ale zdecydowanie nie pomogło to pozbyć się choroby. xD Chociaż myślę, że gorszy był trekking następnego dnia, bo szliśmy dość rześkim krokiem, rozbierałam się więc, żeby się za bardzo nie zgrzać. A przez to mogłam się trochę wyziębić (bo nie może być optymalnie 😛 – niezdrowo by było xD). Jaccuzzi tego dnia niestety bylo zajęte aż do 22, więc nie skorzystalam.

W jacuzzi
Za to złapał mnie mocny kaszel, który nie pozwalam mi spać w nocy, bo budziłam się po półtorej godziny, żeby przez godzinę kaszleć i próbować znów usnąć. I tak w kółko przez cały wyjazd. Okazało się też, że miejsce, w którym przebywaliśmy i które z początku wydawało się idealne, okazało się mieć takie wady jak papierowe ściany czy słabe ogrzewanie podłogowe. To ostatnie było podzielone na piętra, a na górnym mieliśmy dwie sypialnie, z czego jedna wystawała poza obrys budynku i ogrzewanie działało tam gorzej, było więc tam dużo zimniej. A było tylko jedno ustawienie na całe piętro, mogliśmy więc mieć saunę w jednej sypialni i odpowiednie warunki w drugiej lub zimnice w drugiej i dobrą temperaturę w tej pierwszej. Ktoś musiał cierpieć.
Łącznie przeszłam na tym wyjeździe 35km, co normalnie nie zrobiłoby na mnie wrażenia (dużo więcej przeszłam w Andorze), ale myślę, że w trakcie choroby był to wyczyn. Byłam drugi raz na Stogu Izerskim i podziwiałam widoczki. Trasa na szczyt była dość nudna i szczerze mówiąc odechciało mi się łazić. 😛 Na szczęście szlak leżał na ocienionej stronie góry, wszędzie więc był śnieg. Choinki pokryte białym puchem urozmaicały widoki. 🙂
Prawie dokladnie rok temu byliśmy w tym miejscu oraz na Smerku, gdzie mieliśmy cudny zachód słońca. Wtedy ta trasa podobała mi się bardziej. 😀 I wtedy zdecydowaliśmy, że trzeba kupić raczki, bo ślizgaliśmy się, próbując dojść na górę do schroniska. Teraz byliśmy już w nie uzbrojeni i faktycznie na jakiś czas je założyliśmy, bo na początku przez szlak prowadził zamarznięty strumyk. Dzięki raczkom mogliśmy iść przez sam środek, po lodzie, ale z przyczepnością jak po asfalcie.
W Świeradowie-Zdroju mają też tor saneczkowy, ale jest on dość krótki, więc nie zdecydowaliśmy się na przejażdżkę. Za to piliśmy herbatkę/kawkę/gorącą czekoladę w domu zdrojowym, a także skosztowaliśmy pysznej wędzonej rybki z lokalnej wędzarni. Wyjazd można uznać za udany. 😉
Nisia

Na Sky Walku
Szukasz inspiracji na kolejną podróż? Chcesz poczytać o konkretnym miejscu? Zajrzyj tutaj.
Posty, które mogą Ciebie zainteresować: