Po rozgrzewce na Pic de Maia i zorientowaniu się jakie mamy opcje na poruszanie się po kraju, zdecydowaliśmy się pójść na Alt del Griu – szczyt, który obiecywał niesamowite widoki i faktycznie nas nie zawiódł (nawet jak nie doszło się na sam wierzchołek :P). Do tego góry w Andorze nie są oblegane (poza najwyższym szczytem), byliśmy więc na szlaku prawie cały czas sami, co potęgowało to nieziemskie wrażenie. 🙂
Zaczynaliśmy z małego parkingu przy Encampe zaznaczonego na mapie Google jako Tamarro Enko. Nie dojeżdżał tam autobus, pojechaliśmy więc taksówką, którą łatwo można było zamówić dzięki appce, w której wystarczy wybrać punkt na mapie jako miejsce docelowe. Gdybyśmy mieli podjechać autobusem i iść całą drogę na piechotę, musielibyśmy pokonać dodatkowe kilkaset metrów w górę, a i tak mieliśmy ponad 900m przewyższenia.
Ciekawy szlak i piękne widoki
Szlak był urozmaicony: czasem szło się płaską ścieżką, czasem trzeba było się lekko wspinać po kamieniach i korzeniach, a innym razem chodzić po ogromnych głazach. W niektórych miejscach wyłożone były deski służące za mostki, które faktycznie się przydały, bo dzień wcześniej padało i inaczej chodzilibyśmy po błotku. Zdarzało nam się wątpić czy idziemy w dobrą stronę lub nawet gubić szlak na chwilę – nie był on świetnie oznaczony.

Początek szlaku
Za to ładne widoki pojawiły się dość szybko i towarzyszyły nam potem prawie cały czas. I krajobraz co jakiś czas się zmieniał, przez co często się zatrzymywaliśmy na zdjęcia i cała trasa zajęła nam 7h (z czego tylko jakieś 4h na chodzenie).
Po około 2h doszliśmy do miejsca oznaczonego na mapie jako „Refugi„. Myślałam, że będzie to schronisko, a w rzeczywistości okazało się być schronieniem – małą, pustą chatką z kamienia, w której można było znaleźć metalowy stelaż łóżek piętrowych, kominek z piłą, żeby ogarnąć sobie drewno, stoły z ławkami, miejsce na ognisko oraz wyciętą z drzewa rynnę, przy której można było pobrać wodę pitną, bo była poprowadzona szlauchem bezpośrednio ze źródełka. Do tego znajdowała się tam książka pamiątkowa ze wpisami od osób, które to miejsce odwiedziły. Polaków w niej nie widzieliśmy, 😉 ale my oczywiście się wpisaliśmy. 😀 Domek znajdował się jakby w małej dolinie i był osłonięty drzewami i górami, przez co wiało tu trochę mniej. I było bardzo ładnie. 🙂
Po drodze na górę minęliśmy ze dwa małe jeziorka, na które potem mieliśmy widok z góry. Po jakimś czasie drzewa zniknęły z krajobrazu i wypełniły je głównie skały i kamienie. I kiedy już wydawało się, że wyżej wejść się nie da, wyrastała przed nami kolejna góra. xD Ale droga się nie dłużyła, bo człowiek nie mógł się napatrzeć na ten cudny świat.

Refugi d’Ensagents
Zwątpienie
Szkoda tylko, że nie przypuszczałam, że zajmie nam to tyle czasu i zaopatrzyłam się w batony na te planowane 4h. Zwłaszcza, że poprzedniego dnia wzięliśmy całkiem sporo prowiantu i plecak był bardzo ciężki. Nie chcieliśmy tego powtórzyć dziś, kiedy mieliśmy dłuższy szlak z większym przewyższeniem. Pomimo tego, że oszczędzałam batony to zjadłam już prawie wszystkie, a do tego zaczęłam już dość mocno odczuwać brak energii i dopadło mnie zwątpienie czy dam radę wejść na samą górę.
Zatrzymaliśmy się na przełęczy pod Alt Del Griu, żeby zastanowić się, czy wchodzimy na szczyt. Ja widziałam to bardzo słabo z powodu coraz bardziej dopadającego mnie braku energii, ale zawsze mogliśmy się rozdzielić i spotkać trochę niżej (szlak w dół był widoczny z tego miejsca). Problemem była też prognoza pogody, która obiecywała deszcz za niecałą godzinę, a droga w dół była dość stroma i nie chcieliśmy schodzić, jak będzie ślisko. Planowaliśmy wracać inną trasą, nie wiedzieliśmy więc co nas czeka. Ale jeśli znalazłoby się tam tyle samo kamieni co w górę to było ryzyko, że naprawdę będziemy się na nich ślizgać jak zmoczy je deszcz. Znak na przełęczy wskazywał 30 min drogi do szczytu. Chmury za to (na moje skromne oko) nie zapowiadały deszczu przez najbliższy czas pomimo tego co twierdziła prognoza. Wiało mocno i wyglądało jakby deszcz miał przejść bokiem.

Kawałek przed przełęczą pod Alt del Griu (photo by https://instagram.com/czesu)
Nie chcieliśmy tracić za dużo czasu na gadanie, zdecydowaliśmy więc, że idziemy na górę, chłopaki na mnie nie czekają, ale „biegną” na szczyt, a ja albo dojdę do nich albo zacznę schodzić w dół. Miałam już wtedy mniej siły, zero jedzenia i wrażenie, że jeśli dalej będę szła pod górę to jest ryzyko, że zemdleję. A teraz wspinaliśmy się po skałach i przepaść była całkiem spora. W pewnym momencie stwierdziłam więc, że rozsądnie będzie zatrzymać się w tym miejscu, bo widok był już niesamowity, a w zupełności wystarczy mi to na ten dzień. Dwa dni później mieliśmy wspinać się na najwyższy szczyt Andory, nie chciałam więc ryzykować żadnego urazu czy wycieńczenia. Trzeba wiedzieć, kiedy zejść ze sceny niepokonanym. XD 😉
Podczas kiedy chłopacy zdobywali szczyt, ja szłam do umówionego miejsca, zatrzymując się co jakiś czas i odpoczywając. Doszłam do małego wzniesienia po drugiej stronie przełęczy i tam strzelałam sobie panoramki i nagrywałam filmiki, uważając by nie zdmuchnął mnie wiatr. xD Wiało naprawdę mocno, co widać po moich zdjęciach, bo część nie jest zbyt ostra. xD Chłopaki dołączyli do mnie po jakimś czasie – widziałam jak schodzili ze szczytu, byli w oddali tylko małymi kropkami, które łatwo było zgubić na szczycie pełnym kamulców.
Droga w dół prowadziła głównie przez las i faktycznie była stroma. Przed schroniskiem spotkaliśmy trzy osoby, potem już zupełnie nikogo – szlak był cały nasz. Co niesamowite, wyglądało na to, że zbyt wiele ludzi tu nie dociera, ale konie owszem – wlazły całkiem wysoko i pozostawiały „pułapki” ;).

Szlak prowadzący od przełęczy na szczyt Alt del Griu
To nie koniec drogi
W Andorze często spotykały nas różne niespodzianki i tym razem też tak było. Jak byliśmy na parkingu, odpaliłam apkę, żeby wezwać taksówkę i okazało się, że ma przyjechać dopiero za godzinę, bo wyjeżdża ze stolicy. Nie chciało nam się tyle czekać, zwłaszcza, że zaczęło kropić, więc zaczęliśmy schodzić już ulicą w dół. Google twierdziło, że droga do autobusu zajmie nam 1h 20 min. Woleliśmy więc się poruszać, żeby nie zmarznąć za dużo.
Niedługo potem zerknęłam jeszcze raz i tym razem apka pokazała 22 minuty do przyjazdu! Zamówiłam taksę kawałek niżej, żeby samochód miał gdzie wykręcić, a my mogliśmy dzięki temu zajść na punkt widokowy. Odebrała nas Mariolka, która musiała jechać po krętych drogach z prędkością światła, bo przyjechała do nas z 10 minut wcześniej. 😉 Ogólnie to w Andorze drogi nie są dla ludzi o słabych nerwach, bo są bardzo kręte, a lokalsi zasuwają po nich z dużą prędkością. Czasem nawet ludziom bez choroby lokomocyjnej robi się niedobrze, jeśli skuszą się na patrzenie w ekran telefonu. 😉
Nie żałuję, że nie weszłam na szczyt, chociaż zabrakło mi tylko 100m przewyższenia. Ale nie wiedziałam do końca co mnie tam czeka, a bezpieczeństwo jest najważniejsze. Jednak człowiek robi się mało uważny, kiedy jest zmęczony, głodny i przez to poirytowany. 😉 Trzeba było więc podjąć męską decyzję. Na Comapedrosa i tak widok zapierał dech w piersiach i warto było zostawić sobie na niego siły, zwłaszcza że wejście tam było bardzo wymagające. No i ja po raz kolejny przekonałam się, że potrzebuję jeść dość sporo jak uprawiam długoterminowy sport, żeby nie stracić nagle energii.
Nisia

Szukasz inspiracji na kolejną podróż? Chcesz poczytać o konkretnym miejscu? Zajrzyj tutaj.
Posty, które mogą Ciebie zainteresować: