Comapedrosa to najwyższy szczyt Andory mierzący 2943 m n.p.m. Wędrówka na szczyt była jedną z najbardziej wymagających, w których brałam udział w swoim życiu i jedną z bardziej szalonych. 😉
Nauczeni na błędach z poprzednich dni, wzięliśmy taką ilość jedzenia, żeby wystarczyła nam na 8-9h. Z reguły braliśmy z Czarkiem jeden plecak, którym wymienialiśmy się w trakcie chodzenia po górach, ale tym razem mieliśmy tyle zapasów, że plecak był za ciężki, więc zabraliśmy i drugi. Jako że w drodze na Alt del Griu schronisko okazało się tylko chatą służącą za schronienie, nie szykowaliśmy się tym razem na porządne schronisko. Kupiliśmy też sobie ubezpieczenie na sporty wysokiego ryzyka, żeby w razie czego nie trzeba było płacić za helikopter gdyby musiał nas ściągać z góry. 😉 xD A tak serio to dało nam to poczucie bezpieczeństwa, bo jednak szlak miał być wymagający, a podejście strome. Obiecałam sobie, że wejdę na górę choćby nie wiem co – dziś zadbam o to żeby nie pojawiło się przedwczesne zmęczenie czy brak siły. Z takim podejściem wyruszyłam na szlak. 🙂
Autobus podjeżdżał prawie pod sam szlak, ale że spodziewaliśmy się 9-godzinnej wędrówki, byliśmy trochę zmęczeni po poprzednim dniu, do tego Czarka łapało przeziębienie i nie chcieliśmy wracać po ciemku to zdecydowaliśmy się podjechać taksówką – w ten sposób oszczędzaliśmy ponad pół godziny w jedną stronę. 😉 No i na 3 osoby wychodziło po €10 za głowę, więc dało się to przeżyć. 😉

Szlak szybko zaczął iść mocno pod górę
A jednak są schroniska w Andorze 😉
Na początku nie było za bardzo widoczków, szliśmy drogą szutrową i dość szybko minął nas jakiś biegacz. To już był sygnał, że nie jest to pusty szlak jak bywało w dniach poprzednich. Co zabawne, na dole był znak informujący, że do schroniska Comapedrosa idzie się 1h 35min, a chwilę potem, że tą samą drogą do schroniska idzie się 1h 50min. xD Oni tutaj zdecydowanie „nie umieją w szlaki”. 😉
Trasa dość szybko zaczęła iść mocno w górę, zamieniła się w kamienistą drogę idącą niedaleko strumyka, a ten z kolei zamienił się w rwące kaskady, a potem w wodospad. Często szum wody był tak głośny, że zagłuszał nasze rozmowy. Przez długi czas szliśmy w dość gęstym lesie, który potem szybko się przerzedził. To co nam prawie ciągle towarzyszyło to strome podejście – prawie cały czas szliśmy znacząco w górę, nie było tu za bardzo płaskiego terenu.

Gdzieś w połowie drogi doszliśmy do Refugi Comapedrosa, które okazało się faktycznym schroniskiem. 😛 Można było się tutaj przespać i chyba całkiem sporo osób korzystało z tej opcji. Nie mieli tu zbyt dużego wyboru jedzenia, ale coś można było zjeść lub napić się, jeśli ktoś był zdesperowany (np piwo za €4 czy kanapkę za €7 lub €9). 😉 My jednak siedliśmy tylko na ławce i zjedliśmy przygotowane w domu croissanty. Pamiętałam o tym, żeby regularnie uzupełniać kalorie, by przedwcześnie nie skończyły się siły.
Ruszyliśmy dalej w stronę szczytu i dopiero jakoś za schroniskiem zaczęły się przed nami ukazywać ładne widoki – człowiek jest wymagający, kiedy chodzi po górach i widzi ogromne pasma górskie, wtedy „byle jaki” krajobraz nie robi już na nim takiego wrażenia i nie zalicza się do „ładnych widoczków”. xD

Schronisko Comapedrosa, po lewej widać metalowe wychodki
Wszędzie kamienie!
Im wyżej wchodziliśmy tym więcej było kamieni i głazów. W niektórych miejscach wyglądało, jakbyśmy szli przez środek dawnej lawiny kamiennej. Część kamieni była luźna i człowiek zastanawiał się czy nie spowoduje kolejnej lawiny. Ale nawet te luźne kamienie były z reguły dość stabilnie osadzone w dziurze między jednym głazem a drugim.
Jak weszliśmy wyżej, naszym oczom ukazał się bardziej marsjański krajobraz – bez roślin, za to z dużą ilością czerwonych kamieni.

Czy tędy kiedyś przeszła lawina…?
Minęliśmy jedno jeziorko i na rozwidleniu poszliśmy trasą obok drugiego jeziora. Na mapie wyglądało, że droga ta jest bardziej stroma niż przez grań. A łatwiej podchodzi się stromizną niż schodzi, no i fajnie zrobić pętlę, a nie schodzić tą samą trasą, więc postanowiliśmy iść w tym kierunku. Szlak w tym miejscu był na początku dość płaski, prowadził po kamieniach wzdłuż jeziora i jeszcze kawałek do przodu. Stamtąd było już widać szczyt i wyglądało na to, że jest naprawdę stromo i wysoookooo. xD Ludzie schodzący z góry wyglądali jak malutkie mróweczki. Z tego miejsca nie widać było gdzie prowadzi szlak, bo znikał wśród kamieni. Czekało nas jeszcze ponad 200m przewyższenia na dość krótkim odcinku.
Ostatnie podejście było dość ciężkie, czasem trzeba było się wspierać rękoma, a kamienie uciekały spod nóg. Trzeba było uważać, żeby się nie ześlizgnąć i nie spaść, bo leciałoby się daleko, daleko w dół – trudno byłoby się zatrzymać na tak luźnym podłożu. Ogólnie lubię przepaści, nie mam problemu, żeby wychylać się poza grunt w górach, ale tutaj zaczęłam się czuć trochę niekomfortowo. No ale przecież, obiecałam sobie, że wejdę na górę i wiedziałam, że dam radę. Nie było więc wymówek, trzeba było przeć do przodu i nie myśleć o tym jak się zejdzie. Na to przyjdzie pora później. 😉

Wejście na szczyt, ostatni odcinek – w połowie widać człowieka w różowych spodniach wielkości mrówki 😉
Panorama 360 i cudne widoki
Na samej górze czekała na nas prawdziwa panorama 360 – z każdej strony otaczały nas góry, nie jedno pasmo, a kilka! Widok był naprawdę magiczny, a do tego dobrze zgraliśmy się z pogodą i widoczność dopisywała. Było to bardzo satysfakcjonujące po takiej wspinaczce! 😀
Spotkaliśmy tam Hiszpankę, która weszła granią i mówiła, że tamta droga była „so crazy”! Ale nie daliśmy się nastraszyć, zwłaszcza że zejście szlakiem, którym wchodziliśmy, wydawało się mało realne i niezbyt bezpieczne. 😉 Byliśmy otwarci na nowe doznania i tego nie pożałowaliśmy!

Widok ze szczytu
Na szczycie byliśmy koło 16, więc dość późno, ale dzięki temu na górze nie było nikogo poza nami i Hiszpanką. A ponoć we wcześniejszych godzinach potrafi ustawiać się kolejka na wierzchołek. Jestem w stanie to uwierzyć, bo jest tam niewiele miejsca, a chciałoby się tam siedzieć i wchłaniać ten widok w nieskończoność.
Skierowaliśmy się w dół szlakiem po grani, który wydawał się mniej szalony i faktycznie takie mieliśmy potem odczucie. Pomimo tego, że ekspozycja tutaj też była duża, to jednak więcej było wystających kamieni, których można było się złapać, oraz mniej luźnego podłoża. Tutaj wiedzieliśmy, że głaz raczej nie ucieknie Ci spod rąk czy nóg, podczas gdy na drugim szlaku totalnie tej pewności nie było. 😉

Szlak prowadzący po grani
Do tego widoki były dalej niesamowite! Szliśmy po wierzchołkach lub tuż poniżej ich, więc z przodu i po bokach ciągle widzieliśmy przepaść i pasma gór. Co chwilę człowiek zatrzymywał się i podziwiał. No i robił zdjęcia. 😉
Szlak był tutaj dość dobrze oznaczony, trzeba było szukać żółtych kropek namalowanych na skałach i z reguły dało się je znaleźć. A nawet jak człowiek je zgubił to kierunek można było łatwo znaleźć, szło się więc do przodu, a po chwili trafiało na kolejną kropkę. Szlak znaleziony na Stravie trochę pomógł, bo czasem były dwie drogi wokół wierzchołka i wtedy wybieraliśmy ten bardziej uczęszczany.

I tak powoli, stopniowo schodziliśmy w dół. W pewnym momencie był już większy pion (do jeziora), ale wciąż mniej stromy niż ten przy podejściu. Zeszliśmy do jeziorka i udaliśmy się do schroniska, żeby uzupełnić wodę – można było nalać ją sobie za darmo z kranu znajdującego się na zewnątrz. Słońce zaczęło powoli zachodzić, ale nie martwiliśmy się, bo mieliśmy jeszcze czas, żeby skończyć szlak. I faktycznie udało nam się to zanim zrobiło się ciemno. Zwłaszcza, że Hashu, znajomy, z którym przyjechaliśmy, wystrzelił mocno do przodu i trzeba było go gonić. A to on miał latarkę. 😉

Takie piony czasem mieliśmy w drodze po grani
Najbardziej popularny szlak w Andorze
Na całym szlaku spotkaliśmy sporo osób, w tym ze 4 grupki Polaków. Był to najbardziej uczęszczany szlak w Andorze, na którym byliśmy – pomimo tego, że tutaj wybraliśmy się w ciągu tygodnia i zaczął się już rok szkolny. Ale mimo wszystko nie było tu tłumów – ilość turystów była zdecydowanie mniejsza niż w znanych miejsc w Polsce.
O dziwo, jak wracaliśmy, spotkaliśmy jeszcze ze 3 grupki idące na górę – jeśli planowali wrócić tego samego dnia to na pewno robili to już po zachodzie słońca, w ciemności. Tej trasy nie polecam robić po ciemku, bo nie byłaby zbyt bezpieczna – zbyt łatwo jest spaść. No chyba że zamierzali spać na górze, bo było kilka miejsc otoczonych kamieniami może właśnie po to, żeby rozbić sobie w nich namiot i schować się przed wiatrem.

Tu widać całą grań, po której wracaliśmy z wierzchołka
Mega podobał mi się ten szlak, dawał dużo satysfakcji i adrenaliny. Cieszę się też, że ostatnio chodziliśmy trochę po górach w Polsce i udało się poprawić kondycję, więc to wyjście spowodowało duże zmęczenie, ale żadnych kontuzji. Ogólnie w Andorze dużo jest fajnych szczytów, wiele mało uczęszczanych, ale może przez to jeszcze bardziej pięknych. 😉 Bardzo podobało mi się w tym kraju – jak będę miała okazję to jeszcze tam wrócę. 🙂
Nisia

photo by instagram.com/czesu
Szukasz inspiracji na kolejną podróż? Chcesz poczytać o konkretnym miejscu? Zajrzyj tutaj.
Posty, które mogą Ciebie zainteresować: